Skywalker Odrodzenie recenzja filmu

Gwiezdne wojny: Skywalker. Odrodzenie (2019): W kosmosie nikt nie usłyszy…

Kiedy cztery lata temu do kin trafiało „Przebudzenie mocy” większość fanów podchodziła do niego z euforią, ale i sporą dawką nieufności. Z jednej strony na wielki ekran miała powrócić ukochana saga z dzieciństwa, z drugiej jednak za wszystkim stał Disney, który może i świetnie radził sobie z innymi markami, ale nie wiadomo było jak podejdzie do kontynuowania historii kosmicznego uniwersum. Film jednak okazał się sukcesem wracając do korzeni i reinterpretując wątki kojarzone z oryginalną trylogią. Owszem, zarzucano mu zachowawczość, wtórność i kurczowe trzymanie się bezpiecznych rozwiązań, ale ogólny konsensus był taki, że jako pierwszy film nowych Gwiezdnych wojen spełnia swoją rolę doskonale. Później przyszedł czas na „Ostatniego Jedi„, w którym reżyser Rian Johnson postanowił nadać całej historii bardziej autorski sznyt, zbaczając nieco z wcześniej utartej ścieżki i nie bojąc się podejmować nietypowych dla gwiezdnowojennej narracji decyzji fabularnych. Większość fanów to oburzyło, niektórych zachwyciło, a jeszcze innych – w tym mnie – nieco skonfundowało, pozostawiając w rozkroku między jedną a drugą grupą odbiorców. Produkując i reżyserując ostatni film, J.J. Abrams stanął więc przed nie lada ciężkim zadaniem zamknięcia całej nowej trylogii, ale i 42-letniej Sagi Skywalkerów w możliwie jak najlepszy sposób. Jak mu to ostatecznie wyszło? Otóż tak jak wtedy, gdy zamiast zdecydować się na obranie jednego konkretnego kierunku i bez kompromisów zmierzać do celu, miotamy się bez ładu i składu próbując zadowolić wszystkich, bez wyjątku. Innymi słowy – nijak i to tak bardzo nijak, że autentycznie zacząłem z nostalgią wspominać „Ostatniego Jedi”…

Po wydarzeniach z poprzedniego filmu pozostałości naszego Ruch Oporu liżą rany zaszywając się gdzieś na leśnej planecie. Została ich garstka. Rey kontynuuje trening Jedi, teraz pod okiem generał Lei Organy, a Finn, Poe, Chewie i BB-8 wykonując pojedyncze zadania starają się kąsać Nowy Porządek to tu, to tam zestrzeliwując jakiś śmigacz. Tymczasem na dobre rozsiadający się na stołku przywódcy po zabójstwie Snoke’a, Kylo Ren, kontynuuje ofensywę tłamsząc rebelie i umacniając tym samym swoją pozycję jako lidera Nowego Porządku. Jednakże, jak dowiadujemy się już z samych charakterystycznych ruchomym napisów początkowych, na horyzoncie pojawia się stary-nowy wróg, czyli powracający zza grobu Imperator Palpatine, który z nieznanej lokalizacji nadaje sygnał na wszystkie strony galaktyki grożąc swoją flotą tysięcy krążowników zdolnych do niszczenia całych planet. Wywołuje tym samym poruszenie zarówno po jednej, jak i drugiej stronie konfliktu. Kylo i Rey postanawiają więc wytropić Lorda Sith, a każde z innych powodów.

Także od czego by tu zacząć. Hmm… Zaprawdę zaskakujący jest to film ten Skywalker. Odrodzenie. Zaskakujący o tyle, że w sposób niezwykły, zakrawający niemal o celowe działanie, udaje mu się zje… zniszczyć niemal wszystko co można było w fabule nowej trylogii zniszczyć. Dobra, to jak już mamy to za sobą, to zacznijmy od tego jak J.J. Abrams postanowił zamienić swój film w składankę „The Best Of” nie zastanawiając się przy tym, czy będzie to służyć całej historii i domykanym hurtowo w nieco ponad dwu i pół godzinnym metrażu wątkom.

Niektórzy powiedzą, że reżyser Skywalker. Odrodzenie postanowił zrobić na złość Rianowi Johnsonowi zamiatając jego decyzję odnośnie poszczególnych wątków pod dywan, inni będą uparcie przekonywać, że starał się jedynie posprzątać bałagan jaki pozostawił po sobie reżyser „Ostatniego Jedi”, są też pewnie tacy, którzy stwierdzą, że z gówna bicza nie ukręcisz więc po co tyle krzyku, a ja… pozwolę się z nimi wszystkimi nie zgodzić. Problemem nowych Gwiezdnych wojen nie jest to w jakim kierunku zmierzają wątki poszczególnych postaci, bo śmiem twierdzić, że finał ich historii był znany już wcześniej. Problemem jest to co ich w kierunku tego finału napędza, to co dzieje się wokół nich, obudowa ich historii i cała masa elementów, które mają funkcjonować jako łechtający odbiorców fan service, a niekoniecznie pomagają przy budowaniu interesujących postaci.

Skywalker. Odrodzenie to film zimny, bez duszy i w przeważających momentach pozbawiony jakiejkolwiek warstwy emocjonalnej (no chyba że poprzez warstwę emocjonalną rozumiemy wzmagającą się podczas seansu irytację). Jeśli coś działa, to bardziej dlatego, że znamy i kochamy ten świat i jego bohaterów, a nie dlatego, że stoi to na własnych nogach w tym konkretnym filmie. Cała reszta to pozbawiona hamulców, pędząca na łeb na szyje kolejka górska, która niedbale i naprędce odhacza kolejne przystanki fabularne, nie dając widzowi ani chwili wytchnienia, byle tylko zgodnie z rozkładem zmieścić się w zakładanym metrażu i na czas dojechać do finału, w którym to wszystko rozbija się w drobny mak pozostawiając widza nie tylko z bólem głowy, ale i poczuciem, że chyba wsiadł nie do tego wagonu co trzeba.

Podczas gdy w „Przebudzeniu mocy”, odwoływanie się do nostalgii za oryginalną trylogią było ładnie wpisane w historię, działało i jednocześnie funkcjonowało jako urocze mrugnięcia okiem do fanów Gwiezdnej Sagi, tak tutaj każdy taki element to kolejny gwóźdź do trumny, którą dla swojego filmu struga J.J. Abrams. Dlaczego? Bo bije z nich sztuczność i nachalność. Czuć, że ich jednym celem jest zadowolenie fanów a nie urozmaicenie historii. Gdy obserwowaliśmy zmagającą się z codziennością i pragnąca się z niej wyrwać Rey na pustynnej planecie z pierwszego aktu filmu otwierającego nową trylogię, gdy Han Solo i Chewie wrócili na pokład Sokoła Millenium, a nawet kiedy w „Ostatnim Jedi” obserwowaliśmy krótkie szkolenie Rey przez zdziadziałego Luke’a – każde z tych nawiązań działało wpisując się fabułę i pogłębiając bohaterów. Natomiast tutaj gdy przychodzi do takich momentów, widziałem jedynie krzyżyk na pustej kratce sygnalizujący odhaczenie kolejnego punktu z listy rzeczy do zrobienia w tej składance scen i elementów, które z trudem można nazwać filmem.

Tempo fabuły jakie narzuca J.J. Abrams od pierwszej minuty sprawia, że większość bohaterów drugoplanowych, ale i tych których można podciągać pod pierwszy plan w zasadzie nie otrzymuje swoich wątków. Rola Finna, którego osobiście bardzo lubię jako postać, tutaj sprowadza się do podążania za resztą bohaterów i próbą wyznania czegoś Rey – i nie, nie wiemy czego. Poe Dameron w zasadzie powtarza swój wątek z „Ostatniego Jedi”, który ma go przygotować do bycia liderem, do czego – jak on sam ciągle pokazuje – nadaje się kiepsko, żeby nie powiedzieć w ogóle. Wprowadzona u Riana Johnsona Rose, na którą jako postać i – o zgrozo – wcielającą się w nią aktorkę spadła fala hejtu fanów-dzbanów, tutaj zamiast zostać rozbudowana i ugruntowana jako pełnoprawna bohaterka, do czego ma predyspozycję i odpowiednie tło, zostaje odsunięta na bok, a w jej miejsce otrzymujemy nową bohaterkę, której nie dajemy praktycznie żadnej konkretnej cechy charakteru i historii poza małymi poszlakami. Do grupki droidów tj. R2-D2, CP30 i BB-8,  których akurat nie mam się o co czepiać, dołącza droid-suszarka (nazwy nie pamiętam i mnie nie obchodzi), który wiemy że jest tylko po to, aby sprzedać wincyj i wincyj zabawek. Z tym, że w odróżnieniu od takiego BB-8, ten jest cholernie irytujący i przerażająco zbędny.

I mógłbym tak wymieniać i wymieniać, ale po co. Skupmy się przez chwilę na pozytywach. To co cieszy to konsekwentne budowanie i podsumowanie wątków Rey i Kylo. Fajnie, że J.J. Abrams postanowił pociągnąć dalej motyw ich połączenia i porozumiewania się za pomocą Mocy i że przynajmniej w ich przypadku widać, że bohaterowie przeszli jakąś drogę, która na nich wpłynęła, która ich ukształtowała i która miała swój pay-off w finałowym akcie.  I tak jak mówiłem wcześniej, nie wszystko w owej drodze mi się podoba, nie wszystkie decyzję odnośnie zmiany statusu bohaterów na które postawił np. Rian Johnson mnie satysfakcjonowały (tak mówię tu o Rey), ale koniec końców czułem, że przeszedłem z nimi tą drogę i rozumiem co przeszli i czemu podjęli takie a nie inne wybory.

Szczególnie tyczy się to Kylo Rena, który w Skywalker. Odrodzenie dostał stosunkowo mało czasu ekranowego, ale gdy tylko się pojawiał film robił się konkretniejszy, było czuć tzw. mięso a sam wcielający się w niego Adam Driver robił co mógł aby uwiarygodnić nam tę postać, którą chyba najlepiej będę wspominał z całej nowej trylogii. Daisy Ridley również świetnie wypada jako Rey. Aktora umiała pokazać konflikty targające bohaterką, jej rozchwianie, impulsywność oraz stojącą z nimi potrzebę poznania własnych korzeni. To wszystko działa i fajnie koresponduje ostatecznym rozwiązaniem całej historii, które sprowadza się właśnie do tego ustalenie co tak naprawdę sprawia, że jesteśmy kim jesteśmy.

Niestety, mimo iż te wątki działały, przez pędzącą niczym Sokół w nadprzestrzeni narracje pewne sceny ostatniego aktu zamiast działać tak jak powinny, wywołują raczej rozbawienie, czasem zażenowanie. Rola samego Palpatine, choć nie ukrywam – wpisana w fabułę tak, że aż chciałoby się dostać tego więcej -sprowadza się w finale do samej ekspozycji, wyjaśnienia tego co się zaraz stanie, co kto musi zrobić, dlaczego i co potem nastąpi. Zakrawa to o śmieszność i przypomina bardziej wpis w dzienniku bohatera gry RPG, aniżeli umiejętnie napisane dialogi.

Patrząc na to, że Skywalker Odrodzenie zamykało kawał historii popkulturowego życia wielu fanów, w tym mojego, bardzo boli, że podczas oglądania nie czułem ani jednego  momentu wzruszenia, żadnej fali ciepła na serduchu. Scena CP3O żegnającego się z przyjaciółmi bardziej działa w zwiastunie niż w samym filmie, w którym sprowadza się ją w zasadzie do running joke’u. Pożegnanie niektórych bohaterów, cameo i powrót innych też nie działa tak jak powinno. W przypadku tego pierwszego, jest to coś na co nie poświęca się zbyt dużo czasu i na co jesteśmy też z resztą przygotowani. Jeśli zaś chodzi o dwa pozostałe, to czuć w nich sztuczność i zwykły szantaż ze strony reżysera, a przez to, że nie dostajemy w filmie ani chwili na zatrzymanie, na bardziej ‚intymny’ emocjonalnie kontakt z bohaterami, każda taka scena bardziej irytuje, nierzadko rozbawia, ale na pewno nie satysfakcjonuje.

Jeśli Skywalker. Odrodzenie gdzieś nadrabia, to w warstwie audiowizualnej. Podoba się różnorodność odwiedzanych planet, inscenizacja pojedynków i dynamiczna praca kamery. Świetnie wypada scenografia czy to np. w czasie odwiedzin wraku Gwiazdy Śmierci czy na sali tronowej Palpatine, którą widzieliśmy w zwiastunach. Szczególnie ta ostatnia wypada znakomicie. Ta część ma też chyba najlepszą chorografię walk, bo zarówno znakomicie zainscenizowana i nakręcona scena pojedynku wśród wzburzonych fal między Rey i Kylo wygląda obłędnie, jak i w ostatnim akcie szczególnie wygibasy z mieczem Bena Solo robią wrażenie. No i proforma bo proforma, ale muzyka Johna Williamsa też działa tak jak zawsze, czyli perfekcyjnie. Szczególnie podoba się wplecenie motywów muzycznych poszczególnych postaci, czy to Rey czy Luke’a albo Lei, w odpowiednich scenach, co gdyby nie cała reszta zepsutych elementów, wywoływałoby pewnie u mnie wzruszenie już od pierwszej rozbrzmiewającej nuty.

Na prawdę wielka szkoda, że Skywalker. Odrodzenie okazał się tak słabym finałem dla całej Sagi. Sam się zastanawiam czy nie działałby lepiej, gdyby ostatnimi scenami filmu Abramsa były te z udziałem Luka’a z „Ostatniego Jedi”. Kto wie, być może taka klamra wzbudziłaby większe emocje, dałaby większą satysfakcję? A tak otrzymujemy to co otrzymaliśmy i ja sam czuje ogromny zawód. Nie pretensję czy złość, ale zwyczajny zawód. Jestem pewien, że J.J. Abrams chciał dobrze, że wierzył w to co robił i w podjęte przez siebie decyzję, ale koniec końców padł ofiarą własnej potrzeby zadowolenia wszystkich.  Kto by pomyślał, że teraz, w takich okolicznościach, decyzja Disney’a aby zrobić widzom przerwę od marki, przynajmniej na wielkim ekranie, okaże się tak dobra i słuszna. Tak. Odpocznijmy wszyscy, ochłońmy, a odpowiedzialne z Gwiezdne wojny osoby niech zastanowią się gdzie popełniono błąd i co można było zrobić lepiej. Jak zostaną wyciągnięte odpowiednie wnioski – wróćmy, zbudujmy nową epicką historię na własnych warunkach, z nowymi bohaterami. To jedyna droga, a jeśli tak się nie stanie, to gotów bym pomyśleć, że Disney ostatecznie przeszedł na ciemną stronę Mocy…


Skywalker Odrodzenie recenzja filmu
Gwiezdne wojny: Skywalker. Odrodzenie (Star Wars: The Rise of Skywalker)
Reżyseria: J.J. Abrams
Scenariusz: J.J. Abrams, Chris Terrio
Zdjęcia: Dan Mindel
Muzyka: John Williams
Obsada: Daisy Ridley, Adam Driver, John Boyega, Oscar Isaac, Billy Dee Williams, Richard E. Grant, Ian McDiarmid, Anthony Daniels i inni
Skywalker Odrodzenie recenzja filmu
Gatunek: Przygodowy, Sci-Fi
Kraj: USA
Rok produkcji: 2019
Data polskiej premiery: 19 grudnia 2019

 


 CHCESZ WIĘCEJ RECENZJI I CIEKAWYCH ZESTAWIEŃ? POLUB NAS I BĄDŹ NA BIEŻĄCO: