Czarne święta recenzja

Czarne święta (2019): Śmiech nadejdzie dziś

Renesans horroru sprawił, że od kilku lat co roku otrzymujemy przynajmniej kilka wartych uwagi pozycji z pod znaku kina grozy. Jedne z nich eksperymentują z gatunkiem, stawiając na oryginalne rozwiązania i niewyświechtane metody wywoływania strachu jak np. „Ciche miejsce„, „To przychodzi po zmroku„, „Uciekaj!” czy niedawne znakomite „The Lighthouse„. Inne wybierają bezpieczniejsze rozwiązania i stawiają na sprawdzone motywy, dostosowując i ulepszając formułę tak aby lepiej rezonowała z współczesnym widzem. Tak jest np. z świetnymi remake’ami kultowych „Halloween” i „Laleczki„, albo z bawiącymi się konwencją „Śmierć nadejdzie dziś” i „Zabawa w pochowanego”. Choć obie grupy dzieli sporo, to łączy je jedno – samoświadomość i szacunek do widza. Niestety, oprócz nich mamy jeszcze sporo tych pozostałych filmów, które albo nawet nie silą się na odrobinę oryginalności, bezmyślnie odcinając kupony od popularności marki, albo nie mają na tyle odwagi aby spróbować pójść na całość i w pełni postawić na autorski pomysł kosztem łatwego zarobku na nostalgii, albo – i to ten najgorszy rodzaj filmów – traktują widza ja idiotę, który i tak pójdzie do kina, bo przecież lubi horrory. Czarne święta, będące remakiem jednego z prekursorów slasherowej konwencji z 1974 roku, są przykładem filmu, który niestety posiada wszystkie te cechy…

Punkt wyjścia dla fabuły remake’u kultowego slashera Boba Clarka jest bardzo podobny, żeby nie powiedzieć, że praktycznie taki sam jak w oryginale. Są Święta, śnieg, choinki, świecące lampki i bałwany, a wśród nich kampus z grupką dziewcząt spędzających ferie poza domem. Jedną z nich jest Riley, młoda kobieta, która boryka się z dość trudną przeszłością. Kilka lat temu została zgwałcona przez studenta z miejscowego bractwa. Incydent jednak wyciszono, a co gorsza nikt poza przyjaciółkami jej defacto nie uwierzył. Siostry z bractwa chcąc jej pomóc emocjonalnie ruszyć naprzód  przekonują ją do wspólnego występu na pokazie talentów w domu męskiego bractwa DKO. Spontaniczna piosenka którą śpiewają otwarcie, ujawnia napastnika Riley i uderza w tych, którzy nie potępili tego oprawcy. Zabawa napędzana słodką zemstą jednak wkrótce dobiega końca, bo dziewczyny po serii dziwnych SMSów z pogróżkami zostają zaatakowane w domu studenckim przez zamaskowanych intruzów uzbrojonych w… łuki.

Z resztą po co ja to piszę… jak widzieliście zwiastun, to prawdopodobnie znacie fabułę całego filmu. Włączenie z zakończeniem. Tak czy siak, nasze bohaterki próbują ujść z życiem z ataku odzianych niczym Lordowie Sith psychopatów, a reżyserka sprowadza wszystko do motywu walki płci, czyli zderzenia ślepego feminizmu z gatunku tych ‚over the top’, z toksyczną, mizoginistyczną i ociekającą testosteronem męskością w najgorszym wydaniu. Czy to działa? Zgadnijcie…

Powiem szczerze, że dawno nie miałem tak silnego odczucia w kinie, że ktoś próbuje uwłaczać mojej inteligencji. Cóż, chyba nie będę się silił na synonimiczne epitety słowa ‚zły’, bo szkoda mojego i wszego czasu –  ten film niestety jest zwyczajnie głupi. W zasadzie można powiedzieć, że koncepcja na remake polega już na samym wstępie fabularnym, ujawniając, że reżyserka kompletnie nie umie zdecydować się jaki film chce zrobić. Czy woli powoli budować napięcie, opierać się na schematach, które wypracowywano w konwencji slashera od lat i które wywodzą się właśnie m.in. z oryginalnych Czarnych Świąt, czy może woli postawić na feministyczne exploitation ubarwione absurdalnymi motywami, gęstą posoką i nie próbujące udawać, że jest czymś innym niż kiczowatą rozrywką dla wąskiej grupy ludzi, których bawi takie kino. Tutaj mamy klasyczny przykład gdy reżyser chce mieć ciasto i zjeść ciastko, a to co widz otrzymuje ostatecznie, to rozciapciany, pozbawiony smaku zakalec, w którym nawet ciężko rozpoznać pierwotną formę.

Żeby otwarcie móc mówić o tym co mi się w Czarnych świętach nie podobało musiałbym niestety streścić fabułę całego filmu, (czego oczywiście nie zrobię), bo o największy ból głowy podczas seansu przyprawiła mnie właśnie miałkość i prostota fabuły oraz to jak grubymi krechami nakreślane są praktycznie wszystkie postacie jakie spotykamy na ekranie. O ile doceniam pomysł na background głównej bohaterki oraz to jak współgra on z drogą jaką musi przejść podczas filmu, to resztę jej koleżanek można w zasadzie opisać jedną cechą – nudna, nudna, feministyczna aktywistka, nudna…

W Czarnych świętach nie ma nic co mogłoby cię zaskoczyć, nic czego nie widziałeś, ale jeśli pojawia się coś czego się nie spodziewasz, to wynika to raczej z absurdalnej głupoty scenariusza, aniżeli stanowi fajną niespodziankę czy intrygujące rozwiązanie na które nie wpadniesz. W zasadzie nawet ciężko znaleźć jakieś konkretne uzasadnienie czemu ten film musi rozgrywać się podczas Świąt, bo poza jednym mordem przy użyciu lampek choinkowych, Boże Narodzenie stanowi tu raczej opakowanie, pustą dekorację, a nie jest eksploatowane jako element, który może wyróżnić film Sophii Takal, nadać mu choć odrobinę świeżości.

Wybaczcie, ale na prawdę szkoda mi więcej czasu i słów na ten film, bo to nawet nie jest przykład złego kina, które chcesz analizować, któremu chcesz wytykać błędy, zastanawiać się co można było zrobić lepiej i w którym momencie reżyser popełnił błąd. Nie. O Czarnych Świętach mam ochotę jak najszybciej zapomnieć. Najlepiej po postawieniu kropi w ostatnim zdaniu tej recenzji, po którym siądę na kanapie i włączę jakiś kiczowaty slasher z lat 70. Najlepiej nie za dobry, nie za zły, ale z pewnością taki, który nie będzie próbował ze mnie zrobić idioty.


Czarne święta recenzja
Czarne święta (Black Christmas)
Reżyseria: Sophia Takal
Scenariusz: Sophia Takal, April Wolfe
Zdjęcia: Mark Schwartzbard
Muzyka: Brooke Blair, Will Blair
Obsada: Imogen Poots, Aleyse Shannon, Lily Donoghue, Brittany O’Grady, Caleb Eberhardt, Cary Elwesi inni
Czarne święta recenzja
Gatunek: Horror
Kraj: Nowa Zelandia, USA
Rok produkcji: 2019
Data polskiej premiery: 13 grudnia 2019

 


 CHCESZ WIĘCEJ RECENZJI I CIEKAWYCH ZESTAWIEŃ? POLUB NAS I BĄDŹ NA BIEŻĄCO: