Doktor Sen recenzja filmu

Doktor Sen (2019): Lśnie(nie)

Kiedy w 1980 roku Stanley Kubrick zaadaptował powieść „Lśnienie” Stephena Kinga naprawdę niewiele wskazywało na to, że film stanie się takim klasykiem jakim widzimy go obecnie. Powiedzieć, że Mistrzowi Grozy wizja Kubricka nie przypadła do gustu, to nie powiedzieć nic, a sama niechęć do tego jak reżyser przedstawił bohaterów jego książki zaowocowała własnym filmem, którego poziom z szacunku dla dorobku pisarza wolę przemilczeć. Jednak nie tylko King krytykował „Lśnienie” Kubricka, bo film sporo oberwał i od widowni, i recenzentów, a na dokładkę otrzymał dwie nominacje do Złotych Malin, w tym dla najgorszego reżysera. Dziś filmowe „Lśnienie” uznawane jest za absolutną klasykę kina grozy i jakkolwiek zarzuty oraz idące z nimi w parze argumenty jakie czyniono w jego kierunku jestem w stanie zrozumieć, tak nie sposób odmówić filmowi Kubricka tego ile wniósł do gatunku i jak wpłynął na kolejne pokolenia twórców horroru, którzy po dziś dzień korzystają z motywów wizualnych czy wyborów narracyjnych, które w swoim arcydziele wypracował reżyser m.in. „Mechanicznej Pomarańczy” czy „2001: Odysei Kosmicznej”. No dobra, ale przejdźmy do konkretów…

W 2013 roku powstał natomiast „Doktor Sen”, czyli  książkowy sequel skupiający się na postaci syna głównego bohatera „Lśnienia”, Jacka Torrance’a. Kwestią czasu było więc, aż na fali ostatniej mody na adaptowanie kolejnych powieści Stephena Kinga i ta powieść doczeka się swojej filmowej wersji. No i się doczekała. Za film i scenariusz Doktora Sen miał odpowiadać znany zapewne amatorom kina grozy reżyser „Oculusa” czy serialu „Nawiedzony dom na wzgórzu” Mike Flanagan. I wszystko fajnie, tylko niestety tam gdzie Stanley Kubrick wziął słowo pisane pierwowzoru i wykorzystał do opowiedzenia własnej historii, przedstawienia własnej wizji, tam Flanagan próbuje upiec dwie pieczenie na jednym ogniu starając się uszczęśliwić zarówno fanów książki, jak i jej interpretacji zaproponowanej w kultowym filmie. Ta wręcz z założenia syzyfowa próba nie zwiastowała raczej niczego dobrego. Ale czy aby na pewno?

Po traumatycznych przeżyciach z przed lat, jakie miały miejsce w hotelu Overlook, dorosły już Dan Torrance otępia swój dar lśnienia beznadziejnością i hektolitrami wlewanego w siebie alkoholu. Co prawda nieumarli goście z hotelu przestali go nawiedzać, a w wannie przestała przesiadywać trupia kobieta z jednego z pokoi, ale nasz bohater walczy teraz z innymi demonami, dużo cięższymi do wypędzenia, bo własnymi. Cóż tu dużo mówić, spotykamy go w życiowym dołku, z którego ciężko spaść niżej. Dan decyduje się więc wsiąść w autobus i pojechać w nieznane. Na jakie szczęście trafia do miasteczka gdzie pomocną dłoń wyciąga do niego nowy przyjaciel i sponsor grupy AA oraz miejscowy lekarz, który zatrudnia go jako nowego sanitariusza w hospicjum. Tam nasz bohater wykorzystuje swoj dar lśnienia, aby pomóc ludziom towarzysząc im zanim udadzą się na wieczny spoczynek.

Pewnym zrządzeniem losu okazuje się, że bohater zaczyna również otrzymywać telepatyczne wiadomości od nastoletniej dziewczynki, Abry, która podobnie jak on posiada umiejętność lśnienia, tyle że nie spaczoną i stłumioną trudami dorosłego życia. Jej zdolności okazują się tak silne, że dziewczynką zaczęła interesować się sekta quazi nieśmiertelnych nomadów-hipisów, którzy polują na ludzi z darem, takich jak Dan i Abra  i pożywiają się ich lśnieniem przedłużając tym samym swoje życie do nienaturalnych długości. Życie dziewczynki staje się zagrożone gdy przywódczyni sekty, nijaka Rose the Hat, trafia na jej trop w jednej z swoich astralnych wycieczek w poszukiwaniu lśniących. Być może tylko Dan będzie w stanie zapewnić jej ochronę.

Muszę powiedzieć, że naprawdę nie rozumiem decyzji i wizji jaka im przyświecała, które Mike Flanagan podjął przy realizacji Doktora Sen. Co by o  nim nie mówić, to dobry rzemieślnik, czuje gatunek, a jego „Nawiedzony dom na wzgórzu” to jedno z moich większych serialowych zaskoczeń poprzedniego roku. Na prawdę nie chce mi się wierzyć, że reżyser nie dostrzegł jak daremnym pomysłem jest pogodzenie dwóch stojących do siebie w opozycji wizji „Lśnienia”. Powiem nawet, że nie chce mi się w to wierzyć do tego stopnia, że podejrzewam, iż liczne, bezrefleksyjnie atakujące nas z ekranu nawiązania do kultowego filmu, są jedynie drogą do sprzedania filmu fanom dzieła Kubricka, aniżeli ambitną próbą stworzenia swoistej symbiozy między jednym a drugim.

Szkoda, bo w momentach gdy Flangan podąża własną ścieżką, wyraźnie widać, że gdyby nie był tak niewolniczo oddany źródłu, mógłby stworzyć może i nie wybitny jak działo Kubricka, ale kompetentny, oryginalny film, który miałby w sobie choć trochę kreatywności i wizji reżysera, a nie bazowałby jedynie na nostalgicznych odniesieniach do tego co znamy i lubimy.

Nie ukrywam, pierwsze ujęcia i sceny wizualnie odnoszące się do kultowych scen z „Lśnienia” początkowo mnie cieszyły, dały poczucie bezpieczeństwa i euforii, że znam, że kojarzę, że wciąż pamiętam. Kiedy jednak ich ilość przeszywająca główną fabułę nie dodając do niej praktycznie nic w zamian,  zaczęła się pojawiać zbyt często, zrozumiałem, że to niestety wszystko co Doktor Sen ma mi do zaoferowania. Gdzieniegdzie intertekstualność  tworzyła jedynie alegoryczny pomost między filmem a książką, ale częściej ocierały się one po prostu o śmieszność i pretensjonalność.

To trochę boli, szczególnie jak mamy świadomość, że jakby pociągnąć kilka sznurków nieco bardziej w innym kierunku, mogłoby być dużo lepiej. Naprawdę ciężkim zadaniem było zmierzenie się choćby z konceptem grupy antagonistów jako hipisowskich nomadów-wampirów wysysających lśnienie, którzy już na papierze brzmią dość absurdalnie i kampowo, a tu wyszli obronną ręką. Astralna podróż, którą w jednej scen odbywa przywódczyni sekty stanowi pokaz wizualnego wyczucia i pierwiastka gatunkowego geniuszu reżysera i gdyby tylko reszta filmu była tak dobrze dopracowana i hipnotyczna jak ta, to śmiem twierdzić iż po latach i Doktor Sen doczekał by się swojego miejsca w horrorowej galerii chwały. Reżyser odważa się również na bardzo sugestywną i mocną scenę mordu dziecka, co naprawdę nie zdarza się w kinie dość często, a bezceremonialność i groza jaka towarzyszy zabójstwu dzieciaka przez grupkę antagonistów potrafi się wryć w pamięć przyprawiając o niemałe dreszcze.

Stephena Kinga i fanów książki ucieszy również silnie położone akcenty  na wątku problemu z alkoholizmem głównego bohatera i motywu traumy alkoholowej przechodzącej z ojca na syna. Spłycenie tego wątku w filmie Kubricka stanowił jeden z najważniejszych argumentów jego krytyków oraz samego Kinga, który postać Jacka Tarrenca’e traktował bardzo osobiście. Ja sam uważam, że w „Lśnieniu” ten wątek jest zarysowany, tylko po prostu stanowi jeden z wielu kluczy interpretacyjnych i nie koniecznie najważniejszy, ale faktycznie, trzeba przyznać, że jeśli chodzi o ten element Doktor Sen wykonuje dobrą robotę pokazując syna mierzącego się z demonami przeszłości i traumą zaszczepioną przez ojca, ale i starającego się wykorzystać drugą szansę, której tamten nie umiał.

Sporym zawodem było dla mnie kompletne niewykorzystanie potencjału aktorskiego jaki stał za obsadą filmu. Szczerze mówiąc takiego zmarnowania aktora jak w przypadku Ewana McGregora, to nie pamiętam od dawna. Utalentowany, co udowadniał nie raz i nie dwa, odtwórca głównej roli jest tu postacią kompletnie nijaką i bezpłciową w zderzeniu z Jackiem Nicholsonem w „Lśnieniu”. I ok, powiecie – to przecież inne postaci. Racja. Ale patrząc na korzenie i historię jaka stoi za naszym bohaterem, można oczekiwać nico więcej niż zaledwie poprawnej na tyle aby uwierzyć w to co się dzieje na ekranie, ale przy tym tak nudnej i jednowymiarowej, że ciężko aby wywołała jakiekolwiek emocje kreacji, niż ta jaką zaprezentowano nam w filmie. Ucieszyło mnie obsadzenie Rebecci Ferguson w kompletnie innej roli od tych jakie dotychczas otrzymywała aktorka, ale choć jako główna antagonistka wypada naprawdę w porządku, dodając jej charyzmatycznej urody i pewnej zadziorności, tak nie mogę się oprzeć wrażeniu, że i jej potencjał nie został tu do końca wykorzystany. Całkiem nieźle wypada Kyliegh Curran wcielająca się w nastoletnią Abrę. Tu jednak sporo dobrej roboty zrobił sam pomysł na postać, która wydaje się być tylko po to aby główny bohater mógł ją uratować, a w istocie okazuje się całkiem sprytną i kompetentną przeciwniczką dla naszych antagonistów.

To co ten film jednak robi najlepiej, to przypomina jak genialnym filmem jest Lśnienie. Stanowi to całkiem zabawny paradoks kiedy pomyślimy, że w produkcje Doktora Sen czynnie zaangażował się sam Stephen King, a sposób w jaki Mike Flanagan bezsensownie i manierycznie nawiązuje do klasycznego obrazu Kubricka, stanowi dla fanów filmu takie same świętokradztwo, jakie w 1980 roku ten sam film stanowił dla fanów książki. Różnica jest taka, że klasę i wielkość „Lśnienia” historia zweryfikowała jako arcydzieło kinematografii, a Doktora Sen zapewne nie będę pamiętał po tygodniu.


Doktor Sen recenzja filmu
Doktor Sen (Doctor Sleep)
Reżyseria: Mike Flanagan
Scenariusz: Mike Flanagan
Zdjęcia: Michael Fimognari
Muzyka: The Newton Brothers
Obsada: Ewan McGregor, Rebecca Ferguson, Kyliegh Curran, Cliff Curtis, Zahn McClarnon i inni
Doktor Sen recenzja filmu
Gatunek: Horror
Kraj: USA
Rok produkcji: 2019
Data polskiej premiery: 15 listopada 2019

 


 CHCESZ WIĘCEJ RECENZJI I CIEKAWYCH ZESTAWIEŃ? POLUB NAS I BĄDŹ NA BIEŻĄCO: