Fantastyczna czwórka recenzja filmu

Fantastyczna 4: Pierwsze kroki (2025): Super x Family

Powiedzieć, że ekranizacje najsłynniejszego komiksowego kwartetu superbohaterów nie miały dotąd szczęścia, to nie powiedzieć nic. Jeszcze w latach 90. z budżetem niespełna 1 miliona dolarów swoją wersję przygotował Roger Corman. Przygotował, bo oficjalnie film nigdy nie ujrzał światła dziennego, studio schowało go do szuflady, a dziś w okrojonej i niedokończonej wersji krąży gdzieś po Internecie jako ciekawostka. Najprawdopodobniej film powstał jedynie po to, aby wypełnić umowę z Marvelem i zachować prawa do marki. Z kolei dwadzieścia lat temu otrzymaliśmy do tej pory najpopularniejszą wersję Fantastycznej 4 z Ioanem Gruffuddem, Jessicą Albą, Chrisem Evansem i Michaelem Chiklisem oraz nieodżałowanym Julianem McMahonem w roli Dr Dooma, która miewała niewielkie przebłyski, ale kompletnie nie umiała odnaleźć dla siebie odpowiedniego tonu, o drętwych dialogach, niezrozumieniu postaci i bardzo średniej warstwie realizacyjnej nie wspominając. Dziesięć lat później, w 2015 roku Josha Tranka, to już była kompletna katastrofa. Kompletny chaos produkcyjny, konflikt na linii reżyser studio oraz przeprowadzone w ostatniej chwili dokrętki, które miały upodobnić szykowany na mroczne widowisko film w coś, co bardziej będzie przypominać święcące wówczas sukcesy w kinach produkcje MCU, sprawiły, że na samym końcu do filmu nie chciał przyznawać się ani Trank, ani 20th Century Fox, ani zapewne sami aktorzy.

Dziś po powrocie praw do marki do Marvel Studio jesteśmy świadkami kolejnego podejścia i pewnie gdyby Fantastyczna 4: Pierwsze kroki miała wychodzić te 7-8 lat temu w fazie przed-endgame’owej, o efekt końcowy byłbym absolutnie spokojny. Dziś jednak MCU jest w zupełnie innym, mniej przyjemnym miejscu i nawet pozytywnie zaskakujące „Thunderbolts” nie sprawiły, że przed seansem mogłem wyzbyć się podszczypujących mnie w tył głowy obaw, że i tym razem najsłynniejsza superbohaterska rodzinka nie otrzyma filmu godnego swojego kultowego statusu w komiksach. Na szczęście, okazało się, że jeśli nie do trzech, to do czterech razy sztuka i po seansie chyba nawet najbardziej zagorzali fani mogą w końcu odetchnąć z ulgą.

Gdy na początku filmu poznajemy Fantastyczną 4, ta jest już sławną, ustanowioną w świecie grupą superbohaterów, która owiana podziwem i splendorem pojawia się w programie rozrywkowym w stylu Late Night Show, aby uczcić cztery lata, które minęły od kiedy po ich kosmicznym wypadku na Ziemię wrócili napromieniowani i obdarzeni supermocami. Nie ma tu trwającego kilkanaście czy kilkadziesiąt minut wstępu ukazującego genezę naszego kwartetu, a raczej podobnie jak w konkurencyjnym „Supermanie” od Jamesa Gunna dostajemy trwający kilka minut teledyskowy montaż, tu symulujący retro-reklamówkę rodem z telewizji lat 60., a sami bohaterowie wkraczają na scenę w pełni ukształtowani, ustanowieni i gotowi, aby za chwilę bezpardonowo wrzucić ich w sam środek wielkiego kosmicznego zagrożenia.

A takie zagrożenie niechybnie się zbliża wraz z pojawieniem się Shalli-Bal, heroldki potężnego kosmicznego bytu zdolnego pożerać całe planety. Tak, mowa rzecz jasna o Galactusie, którego przybycie ogłosiła Srebrna Surferka, radząc Fantastycznej 4, aby wykorzystali pozostały czas do spędzenia ostatnich chwil z najbliższymi i pożegnania się przed nieuniknionym końcem. Przyzwyczajeni do walki z przeciwnikami na poziomie Człowieka Kreta, Sue, Reed, Johnny i Ben staną więc przed zagrożeniem, które po raz pierwszy może ich przerosnąć, na które genialny Reed nie znajdzie żadnego równania czy wynalazku, które w końcu sprawia, że czujący się do tej pory bezpiecznie pod ich ochroną mieszkańcy NY, ale i w zasadzie całego świata, po raz pierwszy od dawna zaczną tracić wiarę w swoich obrońców. Kluczem do wszystkiego może okazać się nienarodzone dziecko Sue i Reeda. Dziecko, o które starali się od dawna i które teraz ma być kartą przetargową w walce o ochronę całej planety. Na to najsłynniejsza komiksowa superrodzinka nie może w żadnym wypadku pozwolić.

Jest dobrze, momentami bardzo dobrze, a w kilku elementach wręcz… fantastycznie (!). Nie żeby poprzeczka przez poprzedników była zawieszona specjalnie wysoko, ale istotnie Matt Shakman dał nam najlepszą filmową Fantastyczną 4. Przede wszystkim wizualnie i stylistycznie film wciąga od pierwszych minut. Dynamiczny i sprawnie poprowadzony prolog w telegraficznym skrócie szybko ustanawia świat przedstawiony i umiejscawia w nim rodzinę superbohaterów, a retrofuturystyczna estetyka to nie tylko ładne opakowanie, ale szalenie istotny element definiujący i wyróżniający ten film na tle innych produkcji MCU i samą F4 na tle innych grup superbohaterskich. Każdy element scenografii, kostiumów, design poszczególnych elementów wygląda wyśmienicie.

Doskonałą decyzją kreatywną studia, Kevina Feige i samego Shakmana (kogokolwiek, kto o tym decydował), jest to, że film ma być pełnoprawnym, stojącym na własnych nogach samodzielnym dziełem, niewymagającym odrobienia przez widza pracy domowej w postaci kilkunastu filmów i serialów wstecz. MCU rozdmuchało się do tak olbrzymich rozmiarów, że niezmiernie cieszy mnie, że osoby decyzyjne zaczynają rozumieć, że na tym etapie nowi widzowie, o których walczą, niekoniecznie będą mieli dogłębną wiedzę o rozległym, budowanym od prawie 20 lat multiwersum. Szczerze mówiąc, to niezwykła ulga oglądać film Marvela bez konieczności kompulsywnego szukania na każdym kroku i za każdym rogiem odniesień, nawiązań i easter eggów z poprzednich filmów czy ukrytych zapowiedzi tego, co Marvel szykuje na przyszłość. Oczywiście F4 nie jest od tego zupełnie wolne, ale jest to na tyle marginalne i nieinwazyjne w trakcie oglądania filmu, że kompletnie nie przeszkadza w pełnym skupieniu się na tym, co dzieje się tu i teraz.

Swoją pracę domową odrobił natomiast Matt Shakman, który pokazał, że doskonale rozumie, że Fantastyczna 4 działa tylko wtedy, gdy jej głównym motywem przewodnim jest rodzina. To właśnie ona jako siła, jako symbol nadziei, wspólnoty, ale i pewnej znajomej nam przyziemnej codzienności jest kluczowym tematem komiksów Kirby’ego i w tym sensie Pierwsze kroki stanowią ich wierną duchową spuściznę. Tytułowy kwartet może i ma supermoce, ale jest też rodziną, która jak w prawdziwym życiu ma wzloty i upadki, z lepszym bądź gorszym skutkiem stara się zmagać z kłodami, które rzeczywistość tak ochoczo wrzuca im pod nogi. To tutaj absolutnie działa i jest najmocniejszym elementem całego widowiska.

Vanessa Kirby jako Sue Storm kradnie show. Jeśli Reed Richards jest mózgiem, to ona bez wątpienia jest sercem i spoiwem naszej superbohaterskiej rodzinki. Emanuje z niej siła, wrażliwość, ma najmocniejsze aktorskie sceny całego filmu. Przede wszystkim jest kompletną bohaterką, ma siłę sprawczą i nie skłamię, jeśli powiem, że w tej wersji podczas swoich filmów ma więcej do roboty niż we wszystkich pozostałych wersjach F4 razem wziętych. Zaraz za nią jest… UWAGA… Joseph Quinn, który jest dużo ciekawszą i niejednowymiarową wersją Johnny’ego Storma, niż tego oczekiwałem. Zdecydowanie castingowo największe pozytywne zaskoczenie całego filmu. Jego Johnny z jednej strony nie ucieka od komiksowego wizerunku bawidamka i lekkoducha, ale jednocześnie jest w tym dużo subtelniejszy i świadomy niż momentami zabawna, ale płaska wersja Chrisa Evansa.

Ebon Moss-Bachrach to świetny Ben. Wydawać by się mogło, że umieszczenie tak plastycznego i magnetycznego aktora jak Moss-Bachrach za technologią motion capture może go zbyt ograniczyć. Natomiast zaskakujące, ile ciepła i wrażliwości potrafił natchnąć w postać Thinga, nawet jeśli mam wrażenie, że jednak mógłby dostać nieco więcej czasu, aby pokazać pełnię potencjału.

Julia Garner jako Srebrna Surferka Shalla-Bal również wypada perfekcyjnie. I wygląda, i porusza się na ekranie tak, jak należy. Ralph Ineson mimo iż pojawia się na ekranie dość krótko, zdecydowanie ma odpowiednią prezencję (oj ma) i coś, co można zdefiniować jako aurę – tak istotną w prezentacji konceptu, jakim jest Galactus.

To powiedziawszy, zdecydowanie najsłabszym elementem obsady niestety – zgodnie z obawami wielu komentujących, również pod moimi postami dotyczącymi F4 – jest Pedro Pascal. Jego Mr. Fantastic jest dość płaski i nijaki, a na ekranie głównie widzimy po prostu Pedro Pascala wcielającego się w kolejną postać. I nie zrozumcie mnie źle – Pedro nie sknocił tej roli, miał nawet z jeden czy dwa przebłyski, gdzie zaczynałem w nim dostrzegać cień Reeda. Jego największym problemem było to, że był zaledwie okej, a to trochę za mało na tle całej reszty znakomitej obsady.

Podoba mi się szybkie wprowadzenie, drugi akt to zdecydowanie najmocniejsza i najlepiej skonstruowana narracyjnie część filmu, natomiast – w odróżnieniu od niedawnych „Thunderbolts” – finał wpada z powrotem w tryby typowej marvelowej mielonki opartej na przewidywalnym i sztampowym schemacie. No i jak ogólnie podoba mi się tendencja skrócania metrażu i bardziej zwięzłe i skondensowane wokół konkretnego wątku prowadzenie narracji, tak akurat w przypadku filmu, w którym mieliśmy ustanowić całą Fantastyczną 4 i od razu skonfrontować ją z Galactusem, wydaje mi się, że twórcy mogli sobie dać nieco więcej czasu i dla swoich bohaterów, i pociągnięcie kilku ciekawych pomysłów.

Jeśli traktować Fantastyczną 4 w kategorii egzaminu dla całej przyszłości nowo budowanego MCU, to oceniłbym go na solidną czwórkę, z widokami na poprawę w przyszłości. A do tego świata z chęcią powrócę w przyszłości jeszcze nie raz i nie dwa. I to już jest bardzo solidny grunt. Pytanie, czy zostanie on należycie zagospodarowany…


Fantastyczna czwórka recenzja filmu

Fantastyczna czwórka recenzja filmu