jedna bitwa po drugiej recenzja

Jedna bitwa po drugiej (2025): Viva la revolution

W końcu nadrobiłem ogłaszany przez krytyków jako jeden z najlepszych filmów roku nowy tytuł od PTA i nie wiem czy to przez być może zbyt wywindowane oczekiwania czy zwyczajne rozminięcie się emocjonalne z filmem, ale z kina wyszedłem z lekka skonfundowany. Nie rozczarowany, nie zawiedziony, bo „Jedna bitwa pod drugiej” to z pewnością ciekawe kinowe doświadczenie, ale nieco zaskoczony, że w mojej opinii to jest po prostu zwyczajnie dobry film, ni mniej ni więcej…

Naprawdę doceniam miszmasz gatunkowy, którym PTA sprawnie żongluje w zależności od potrzeb narracyjnych, gdzie groteska i satyra polityczna w stylu „Allo! Allo! spotyka się z coenowskim „Big Lebowskim”, kończąc na mięsistym thrillerze akcji.

Cenię za osadzenie filmu w kontekście obecnej sytuacji politycznej (choć mam wrażenie, że filmowi próbuje się przypisać więcej górnolotnych znaczeń niż w nim faktycznie jest), oraz że PTA miał odwagę aby krytycznym okiem spojrzeć na obie strony społeczno-kulturowego konfliktu. Konfliktu gdzie jedna strona przekonana o swojej supremacji i wyższości (ją uosabia szczególności karykaturalny, ale przerażający zarazem bohater Seana Penna), to w zasadzie banda starych dziadów. Dziadów organizujących się pod wdzięczną nazwą Christmas Adventure Club pod patronatem Świętego Mikołaja kręcących wąsem, kiszących się w swoim stetryczałym sosie i kryjących się po tych samych, nieco ładniej wystrojonych piwnicach.

Jako najmocniejszy element filmu traktuje niezwykle intensywną, ocierającą się momentami o kreskówkowość, ale jakimś cudem znajdującą ten złoty balans kreację zaprogramowanego na nienawiść bohatera Seana Penna. Bohatera obierającego taki a nie inny kierunek nie dlatego, że autentycznie ideowo wierzy w to o co walczy, ale dlatego, że to najłatwiejsza droga do osiągnięcia celu, którym jest udowodnienie sobie samemu swojego powołania do wyższych celów i zasiadania wśród zwycięzców. W istocie choć karykaturalny, to przerażająco smutny bohater swojej własnej opowieści.

Również podobało mi się samo przedstawienie rewolucji z wielu punktów widzenia, w którym bohater DiCaprio portretuje pewne zmęczenie, wypalenie ciągła i nierówną walką, ale jednocześnie autentyczną szczerość i oddanie wartością o które walczył, skonfrontowane z ideą rewolucji uosabianej przez bohaterkę Perfidię graną przez Teyanę Taylor. Dla niej sam opór, ciągła walka z system i chaos, którego jest katalizatorem jest jedynym sposobem na egzystencję. To jej wątkiem Anderson demaskuje patos rewolucyjnych haseł, pokazując, że pod nimi często kryje się zwyczajna, ludzka potrzeba przynależności, buntu i wspólnego oporu. To zaś prowadzi do refleksji… ile jest w rewolucji autentycznego dążenia do zmiany, a ile performansu, symbolu, albo ciągłego protestu jako sposobu na istnienie?

Podoba mi się pewna reżyserska i warsztatowa bezczelność PTA, który w końcu nieograniczony zrobił dokładnie taki film jaki chciał. Choć nie ukrywam, że wolę go w bardziej niskobudżetowej, kameralne wersji osadzonej bliżej ziemi w stylu „Licorice Pizza” gdzie bardziej skupił się na narracji, niż tym jak w pełni wykorzystać nadmuchany budżet.

W końcu last but not least nie sposób nie odnotować znakomitych występów DiCaprio, który kupił mnie totalnie swoją wersją zerwanego w swoim szlafroku z kanapy rewolucjonisty w stylu Kolesia z „Big Lebowskiego”, Seana Penna o którym wszystko napisałem już wcześniej, no i mającego może nieco mniej czasu, ale wykorzystującego go doskonale Benicio Del Toro, którego kontrastowo do pozostałych bohaterów stoicki Sensei, to chyba moja ulubiona postać całego filmu.

Wszystko to widzę, wszystko to doceniam, ale cholera nic nie poradzę, że przez całe niemal 3h filmu nie byłem w stanie płynąć z jego nurtem tak jakbym chciał. Pierwszą połowę oglądałem jak jeden wielki zwiastun filmowy. Rwane tempo, akcja pędząca na łeb na szyję i pewne przebodźcowanie narracyjne nie pozwoliło mi wczuć się w tę historię na należytym poziomie, nawet gdy film w swojej drugiej połowie i intensywnej w emocje finałowej scenie pościgu starał się nadrobić początkowe niedociągnięcia.

Oglądałem to trochę z boku. Jak pasażer na gapę, który trafił do samochodu z DiCaprio nieco z przypadku i w pewnym momencie chętniej by wysiadł niż jechał dalej.

Jakby to powiedział J.K. Simmons w „Whiplash” – not my tempo.


jedna bitwa po drugiej recenzja