Kolejny w krótkim czasie film Lanthimosa i kolejny, w którym opis fabuły brzmi dużo lepiej od tego co w rzeczywistości widzimy na ekranie. I to nie żeby ten był w jakiś sposób mylący czy mijał się z prawdą. Nie. Po prostu czytasz go i po greckim reżyserze obiecujesz sobie dużo więcej…
Owładnięty obsesją na punkcie teorii spiskowych Ted (Jesse Plemons) wraz ze swoim kuzynem Donem planują porwanie znanej i wpływowej CEO firmy farmaceutycznej, przekonani, że w rzeczywistości to kosmitka przysłana na Ziemię z dalekiej Andromedy, po to aby kontrolować ludzkość a następnie ją zniszczyć.
Nie jest tak źle jak w przypadku „Rodzajów życzliwości” od których odbiłem się kompletnie, ale niestety „Bugonia” to kolejne potwierdzenie, że grecki reżyser, tak utalentowany co nie raz udowodnił, powinien zrobić krótką przerwę i dać sobie czas na przygotowanie czegoś na spokojnie, bez pośpiechu, zamiast wypuszczać 3 filmy w ciągu 3 lat.
Początek jest obiecujący kiedy film sprawnie żongluje między mocną satyrą a surrealistycznym thrillerem. Problem w tym, że z biegiem czasu pierwotnym pomysł, adaptujący południowokoreański filmu „Save the Green Planet!”, powoli się wyczerpuje, a ja jako widz z każdą minutą wsłuchując się w dialogi i dobrze wiedząc, w którą stronę to wszystko zmierza, zaczynam czuć narastające zmęczenie. Innymi słowy w pewnym momencie zacząłem czuć się jak ten jedyny trzeźwy na mocno zakrapianej imprezie, zmuszony do uczestnictwa w bełkotliwej pijackiej konwersacji na tematy, na które rozmawia się tylko mając odpowiednią ilość promili we krwi.
Niestety z wprawnego humanistycznego oka Lanthimosa, tak przenikliwie spoglądającego na różne strony ludzkiej natury, jak choćby w „Lobsterze” czy „Zabiciu Świętego Jelenia”, pozostała pusta skorupa, w której forma, fajna stylizacja i wybitne aktorskie występy przykrywają banalną, wręcz prymitywną treść. Grek coraz bardziej przypomina pozera, a coraz mnie reżysera, który faktycznie ma coś ciekawego do powiedzenia…
Satyra na szurostwo, foliarstwo, antykapitalistyczny manifest, wiwisekcja współczesnej polaryzacji i napięć społecznych… tak o tym wszystkim jest „Bugonia”, ale podane w tak przeintelektualizowanej, bełkotliwej formie, że dla mnie w pewnym momencie stało się niezjadliwe. Oj jak daleko to jest od wspomnianego „Lobstera” czy „Kła”, które potrafiły swoją dziwaczność i absurdalność przekuć w autentycznie ciekawą treść.
W tym nadmuchanym baloniku tylko jedna rzecz broni się od początku do końca i są nią aktorskie popisy Emmy Stone i Jesse Plemonsa. Szczególnie ten ostatni dwoi się i troi by nadać całej tej farsie autentyczny sens i emocjonalną głębię, kreując postać zarówno przerażającą w swojej paranoi, jak i kogoś komu można współczuć. Współczuć, bo dobrze wiemy, że świat który sam sobie wykreował i w który tak zapalczywie wierzy stanowi jedynie sytem obronny, powstrzymujący go od całkowitego załamania. To jedyne szczerze bijące serce tego filmu.
Filmu warsztatowo znakomitego, miejscami faktycznie dość zabawnego i potrafiącego łączyć absurdalny humor z czającym się wewnątrz mrokiem, ale kompletnie pozbawionego autentycznej głębi idei, które proponuje poruszać…
A plot twist na końcu był tak samo zaskakujący, jak to że po poniedziałku przychodzi wtorek.











