Iron Fist recenzja serialu

Iron Fist (2017): sezon I

Współpraca platformy Netflix i studia Marvel w budowaniu serialowego uniwersum superbohaterów, do tej pory układała się naprawdę znakomicie. Wszystko zaczęło się dwa lata temu wraz z premierą genialnego pierwszego sezonu Daredevila. Mroczny, dynamiczny i bezbłędnie zrealizowany serial, okazał się prawdziwym hitem i jedną z najlepszych produkcji Netflixa w ogóle. Później przyszedł czas na Jessice Jones osadzoną w konwencji thrillera psychologicznego z wyraźnie zarysowanym sznytem noir, która dała nam jednego z najlepszych, o ile nie najlepszego antagonistę w całym zekranizowanym Uniwersum Marvela. Kolejnym bohaterem który otrzymał swój solowy serial był Luke Cage – najbardziej nierówny, ale za to gęsty, stylowy i przyjemnie kiczowaty. Owszem, nieco gorszy od poprzedników, ale nadal na tyle dobry, że nie można było mówić o jakiejkolwiek katastrofie czy nawet zadyszce platformy Netflix. Teraz przyszła pora na Iron Fista, ostatniego do kompletu przed planowaną na wrzesień tego roku wspólną produkcję „The Defenders” w której zobaczymy wszystkich czterech bohaterów na jednym ekranie. Jak na ich tle wypada Iron Fist i czy serial w pełni wykorzystuje potencjał który niewątpliwe ma?

Główny bohater to Danny Rand, uznawany za tragicznie zmarłego w katastrofie lotniczej (w której zginęli też jego rodzice) syn znanego biznesmena i większościowy udziałowiec wielkiej korporacji Rand Enterprises. Teraz, po piętnastu latach od rzekomej śmierci, wraca do Nowego Yorku by przejąć spuściznę po swoim ojcu i odzyskać firmę która prawnie należy do niego. Oczywiście stojący na jej czele jego dawni przyjaciele – Joy i Ward Meachum, nie są skorzy uwierzyć w zmartwychwstanie Danny’ego. Bohater trafia więc na ulicę gdzie pomaga mu Colleen Wing – sensei ucząca młodzież kung-fu w pobliskim Dojo. Wraz z nią Danny ma wkrótce odkryć, że w szeregach Rand Enterprises ukrywają się członkowie organizacji zwanej „Ręką”, czyli groźnej grupy przestępczej z której armią ninja walczył już Daredevil, i którą Danny otrzymując tytuł Iron Fista, przysięgał zniszczyć.

Największy problem z Iron Fistem jest taki, że przez bardzo długi czas, niemal do połowy pierwszego sezonu, wydaje się on być nieco bardziej podrasowaną, troszkę lepiej zrealizowaną kopią serialu „Arrow”. I nie żebym miał coś do serialu stacji CW, ale jednak po Netflixie spodziewałem się czegoś dużo bardziej oryginalnego. Iron Fist w gruncie rzeczy jest serialem bardzo bezpłciowym. Nie bardzo złym, ale na pewno nie na tyle dobrym żeby można go było oglądnąć „na jeden raz”, tak jak poprzednie wchodzące w skład serialowego uniwersum Marvela.

Bardzo boli niewykorzystanie potencjału jaką na starcie dawał serialowi sam tytułowy bohater. Iron Fist spokojnie sprawdziłby się w konwencji przerysowanego, nawet troszkę groteskowego kina kopanego doprawionego nutką mistycyzmu. Niestety, zamiast tego mamy nieudolną kopię klimatu Daredevila, który w przypadku postaci Danny’ego Randa kompletnie się nie sprawdza.

Zawodzą również sceny walki. Powiedzieć że są kiepsko zmontowane, to nie powiedzieć nic. Oprócz jednej walki z prezentującym styl „pijanego kung-fu” strażnikiem, w zasadzie podczas żadnego pojedynku nie dano nam żadnej szansy aby choć trochę pomartwić się o zdrowie naszego bohatera. Sporo w tym winy po stronie słabych antagonistów, których tu mamy aż trzech. Jest znana z „Daredevila” Madame Gao, która dzięki swojej charyzmie wypada zdecydowanie najlepiej, jest uznawany za zmarłego ojciec Joy i Warda – Harold Meachum, no i jest przywódca Ręki o którym nie chcąc spoilerować, nie powiem nic więcej. Żaden z nich jednak ani przez chwilę nie wydaje się jakimkolwiek zagrożeniem dla Iron Fista. No przynajmniej nie takim jakim Kingpin był dla Matta Murdocka albo jakim Kilgrave był dla Jessici Jones.

Kiepskiemu scenariuszowi i śmiesznym dialogom nie pomagają również aktorzy. Kompletnie bezbarwna jest postać Colleen Wing oraz – mającego być głównym „złolem” – przywódcy Ręki. Na siłę dokooptowana do serialu wydaje się grana przez Rosario Dawson, Claire, która prawdopodobnie pełni w „Iron Fiście” tylko rolę łącznika między całą czwórką Defendersów (jako jedyna wystąpiła w solowych serialach wszystkich bohaterów). Na plus za to można ocenić występującego na drugim planie nieopatrzonego widzom Toma Pelphrey’a w roli Warda Meachuma. To on pośród wszystkich bohaterów wydaje się najbardziej niejednoznaczny i najmniej płaski. Intrygująca postać.

Dobrze w tytułowej roli spisuje się również Finn Jones. Jego Iron Fist jest z jednej strony wewnętrznie rozdarty, walczący z własnymi demonami, a z drugiej troszkę dziecinny i naiwny. Temu jednak trudno się dziwić. W końcu ostatnie 15 lat wychowywał się trenując z mnichami w znajdującym się w innym wymiarze klasztorze Kunlun.

A skoro o klasztorze już mowa. Bardzo w Iron Fiście brakowało doprecyzowania czym tak naprawdę ów mistyczny, egzystujący poza naszym wymiarem klasztor jest. W serialu pokazany jest tylko raz. Choć słowo „pokazany” używam tu mocno na wyrost. To co scenarzyści nam pokazują, to tajemniczy portal w postaci kamiennego łuku oraz kilka zaśnieżonych skał. A szkoda.

No ale dobra, skamlę na ten serial i skamlę, a tak naprawdę wcale nie jest on tak tragiczny jak może się wydawać. Mniej więcej od 7-8 odcinka, czyli na półmetku serialu, „Iron Fist” staje się dużo bardziej dynamiczny i mniej nudny niż prezentująca głównie utarczki słowne i korporacyjne intrygi część pierwsza. Owszem, głupoty jest tam mnóstwo, a niektóre dialogi aż proszą się o oddzielną analizę, ale przynajmniej serial ogląda się przyjemnie i w miarę płynnie. Szkoda tylko że twórcy poszli o rozum do głowy o te osiem odcinków za późno, bo w efekcie w przypadku „Iron Fista” mamy do czynienia z najsłabszym z dotychczasowych seriali w uniwersum Marvela, podczas gdy w istocie, według wszelkich przesłanek, mieliśmy prawo oczekiwać najlepszego. Cóż, może w drugim sezonie…?


Iron fist recenzja serialu

Iron Fist
Reżyseria: John Dahl i inni
Scenariusz: Scott Buck, Gil Kane, Roy Thomas, Dwain Worrell
Muzyka: Trevor Morris
Zdjęcia: Manuel Billeter
Obsada: Finn Jones, Jessica Henwick, Jessica Stroup, Tom Pelphrey, David Wenham, Rosario Dawson, Carrie-Anne Moss i inni
Gatunek: Akcja, Sci-Fi
Kraj: USA
Emisja pierwszego odc: 17 marca 2017

 

 


CHCESZ WIĘCEJ RECENZJI I CIEKAWYCH ZESTAWIEŃ? POLUB NAS I BĄDŹ NA BIEŻĄCO: 
  • Kurczę mimo wielu gorzkich słów, chyba muszę sama się temu przyjrzeć. Co prawda mogę się poczuć zawiedziona, bo również sporo oczekuję po Netflix…

    • Netflix sam sobie porzeczkę zawiesił bardzo wysoko. „Iron Fist” nie jest złym serialem, ale zdecydowanie poniżej netfliksowych standardów. Zawsze lepiej samemu się przekonać 🙂

  • Oglądam i jestem gdzieś między 4 a 5 odcinkiem. Przyznaję, że serial nie dorównuje mojej ukochanej „Jessice Jones”, ale trudno znaleźć czarny charakter, który będzie lepszy niż Killgrave w wykonaniu Davida Tennanta. „Iron Fista” obejrzę do końca, ponieważ jestem fanką Marvela, ale uważam, że tym razem Netflix zmarnował potencjał postaci. Poza tym Joy jest niesamowicie wręcz irytująca.

    • To prawda, mnie też denerwowała przez lwią cześć sezonu. Killgrave był świetny, ale Kingpin z „Daredevila” niemal na tym samym poziomie! 🙂 Teraz czekam na „Punishera”, bo coś czuje, że to bedzie mój ulubiony serial Marvela na Netfliksie.