Przełęcz ocalonych recenzja

Przełęcz ocalonych (2016): Szeregowiec Doss

Dziesięć lat. Wydaje się to niemożliwe, ale aż tyle czasu minęło od premiery „Apocalypto” i aż tyle musieliśmy czekać na to, aby Mel Gibson znów usiadł za kamerą i uraczył nas piątym reżyserowanym przez niego filmem. Coby tu dużo mówić, miniona dekada raczej nie była dla Gibsona usłanym różami pasmem sukcesów. Przez – nazwijmy to – wybryki z jego udziałem, ostatnie lata kojarzony był raczej ze swoimi niepochlebnymi komentarzami, a jego nazwisko częściej pojawiało się w kontekście prowadzonych przeciwko niemu spraw sądowych, a nie nowych filmów z jego udziałem. Jak można się domyśleć, nie był to zbyt twórczy okres kariery Amerykanina. Nikt nie miał odwagi dać mu pieniędzy na nowy projekt, a i mało kto chciał go w swoich filmach obsadzać. Sam aktor nie dawał nikomu argumentów, bo gdy już się w jakimś pojawił, ten najczęściej okazywał się klapą i artystyczną, i finansową. Upłynęło jednak sporo czasu, a Gibson zdawał się zerwać ze swoim awanturniczym wizerunkiem. Postanowiono więc dać mu jeszcze jedną szansę. Tak otwarła się przed nim możliwość wielkiego powrotu, ale i sposobność do odpokutowania i wynagrodzenia widzom swojej długiej nieobecności. Jak się okazuje – warto było czekać…

Biografia Szeregowca Desmonda Dossa wydaje się idealnym materiałem dla twórcy „Braveheart: Waleczne serce”. Nie dość, że opowiada o życiu amerykańskiego bohatera wojennego, to w swojej patetyczności stanowi wzorcowy wręcz przykład filmu, którym wyklęty syn marnotrawny Hollywood może z powrotem wkupić się w łaski Akademii.

Bohaterem Przełęczy ocalonych jest wspomniany już przeze mnie Desmond Doss. Nagrodzony najwyższym amerykańskim odznaczeniem bohater wojenny, sławę zdobył będąc pierwszą osobą w historii USA odmawiającą walki oraz noszenia jakiejkolwiek broni. Innymi słowy, Desmond wstąpił dobrowolnie do amerykańskiej armii i równie dobrowolnie wysłał się w sam środek wojennej zawieruchy zupełnie bezbronny. Zupełny wariat! – to pierwsza myśl która i mi, i za pewne Wam, może przyjść do głowy. Jednak nie do końca. Szeregowiec Doss jako osoba głęboko wierząca i religijna, do serca brał sobie szczególnie jedno przykazanie – nie zabijaj. Na wojnę wyruszył więc nie po to aby odbierać życie, ale żeby je ratować. Jako sanitariusz 77. Dywizji Piechoty podczas bitwy o Okinawe, własnoręcznie uratował około 75 żołnierzy. Dokładnie tak – ta historia, aż prosi się o własny film…

Reżyserowana przez Mela Gibsona Przełęcz ocalonych ma klasyczną, podręcznikową wręcz, trójaktową konstrukcję (lub trzyczęściową, jak kto woli). Początek filmu, to lekko przydługawa i nazbyt cukierkowa ekspozycja głównego bohatera. Ten fragment ma naświetlić widzowi kim był i kim jest Desmond, a spotykamy go jako jeszcze młodego chłopca. Poznajemy jego brata, mamę i ojca – weterana I WŚ, dla którego wojna wciąż trwa i który wciąż przeżywa ją w swojej głowie. Przedstawienie nam bohatera już od najmłodszych lat, pozwala widzowi troszkę lepiej zrozumieć jego przyszłą postawę i jego głęboką – miejscami zakrawającą o fanatyzm – wiarę. Dzięki temu dowiadujemy się co kiedyś ukształtowało Desmonda i co sprawiło, że jest tym kim jest. W dalszej ekspozycji na horyzoncie pojawia się także pierwsza miłość, wnosząca troszkę humoru, troszkę lekkości, ale i nie koniecznie pożądanej słodyczy do filmu. Szybko rozwijające się uczucie zostaje jednak wystawione na próbę w momencie, w którym główny bohater postanawia zaciągnąć się do wojska.

Tak z kolorowej prowincji, przenosimy się do koszarów wojskowych, a konkretniej mówiąc – obozu dla rekrutów do którego trafia bohater. Tam jesteśmy świadkami konfrontacji jego poglądów z poglądami amerykańskiego wojska. Będzie tu miejsce na surowy żołnierski humor, ale i wewnętrzny dramat Desmonda, który wyzywany od tchórzy, musi tłumaczyć się, że przemoc to nie jedyna droga do celu. Bity, wyszydzany i poniżany, zostanie zmuszony do bronienia swoich racji i udowodnienia swojej przydatności, nawet bez broni. A tą możliwość da mu tylko ostateczna walka na froncie…

Gdy wraz z 77. Dywizjonem przybywamy na Okinawe, Mel Gibson stopniowo buduje napięcie. Świeżaków w drodze na front witają przejeżdżające ciężarówki, wypełnione zmasakrowanymi ciałami żołnierzy, których właśnie idą zastąpić. Napięcie i strach jest tu wręcz namacalny, a gdy trafimy w sam środek bitwy, zostanie już tylko ból, krzyk, poplątane flaki, rozerwane ciała i krwisto czerwone osocze, płynące ze wszystkich stron…

Reżyser – kolokwialnie mówiąc – nie pitoli się z widzem. Cała sekwencja bitwy emanuje przemocą i brutalnością. Gibson nie powstrzymuje się od pokazywania tego czego nie chcemy widzieć, wszystko jest na bardzo wysokim poziomie i choreograficznym i montażowym. Wydaje się, że słynna scena desantu na Normandię z „Szeregowca Ryana”, znalazła w Przełęczy ocalonych godnego następcę, a sam pokusiłbym się o twierdzenie, że pod względem przemocy i realizmu, scena bitwy na Hacksaw Ridge jest jeszcze lepsza. Ta najdłuższa i najbardziej emocjonująca sekwencja w filmie sprawa, że w kinie kurczowo trzymałem się ram fotela. Wierzcie mi, to chyba najlepsza scena batalistyczna jaką widziałem w kinie.

Gdy kurz i pył opada, Desmond pod osłoną nocy, między wciąż czającymi się na polu bitwy Japończykami, zaczyna walkę o życia rannych lecz wciąż żyjących żołnierzy. To fragment filmu, który reżyser musiał traktować z najwyższą ostrożnością. Jak bowiem widzowi uwiarygodnić człowieka, który bez broni, między świszczącymi kulami i wybuchającymi granatami, snuje się po polu bitwy i ratuje jednego żołnierza za drugim. Jak pokazać to w ten sposób, że widz nie poczuje, że ktoś próbuje zrobić z niego idiotę. Ciężkie zadanie. To Gibsonowi się udało, choć momentami w zbytnio eksponowanej religijności i niebezpiecznie zbliżającej się absurdalności, zbliżał się do granicy tego, w co widz może uwierzyć, czy zwyczajnie mówiąc – co może łyknąć. Nadmuchana też momentami patetyczność, również dawała się we znaki, ale patrząc na samą historie i temat po jakim reżyser się poruszał, nie przekraczała dopuszczalnych norm. Oczywiście, gdzieś w tle pojawi się powiewający gwieździsty sztandar, a sam film ma mocny wydźwięk „Bóg, honor, ojczyzna”. Ale czy należy się temu dziwić? Nie wydaje mi się. Patetyczność była po prostu nie do uniknięcia – to fakt, ale na szczęście udało się ją zniwelować do minimum.

Przełęcz ocalonych Mela Gibsona, to wręcz idealny film pod amerykańskie nagrody. Jest armia – będąca chlubą narodu, są symbole i hasła narodowe, są wielkie zwycięstwa i wielcy bohaterowie, innymi słowy – jest to co Amerykanie lubią najbardziej. Reżyser podchodzi jednak do tematu bardzo umiejętnie, czyniąc z biografii Desmonda Dossa historię uniwersalną. Historię o niezłomności, wielkiej odwadze i szacunku do życia. Szeregowiec Doss to człowiek w którego ciężko uwierzyć. Na prawdę trudno przychodzi wiara w to, że ktoś taki faktycznie żył i faktycznie robił te wszystkie zwariowane rzeczy które widzimy na ekranie. To jednak prawda, a nawet gdy choć przez chwile zwątpiliśmy, przekona nas do tego osobiście prawdziwy Desmond, który w krótkim wywiadzie powie, że największym prezentem jaki otrzymał, jest uśmiech uratowanego żołnierza.


Przełęcz ocalonych recenzja
Przełęcz ocalonych (Hacksaw Ridge)
Reżyseria: Mel Gibson
Scenariusz: Robert Schenkkan, Andrew Knight
Zdjęcia: Simon Duggan
Muzyka: Rupert Gregson-Williams
Obsada: Andrew Garfield, Sam Worthington, Vince Vaughn, Luke Bracey, Hugo Weaving, Teresa Palmer, Nathaniel Buzolic i inni
Gatunek: Biograficzny, Dramat, Wojenny
Kraj: Australia, USA
Rok produkcji: 2016
Data polskiej premiery: 4 listopada 2016

 


 CHCESZ WIĘCEJ RECENZJI I CIEKAWYCH ZESTAWIEŃ? POLUB NAS I BĄDŹ NA BIEŻĄCO: