Król Artur: Legenda miecza (2017): Camelot Hooligans

Kiedy ktoś taki jak Guy Ritchie bierze się za legendę o Królu Arturze, z pewnością nie należy się spodziewać klasycznego, baśniowego podejścia przypominającego serialową produkcję BBC. W swoim nowym – mającym być w zamiarze preludium dla nowej kasowej serii – filmie, brytyjski reżyser stawia na świeżość, oryginalność i autorskie spojrzenie. W efekcie Legenda miecza okazuje się zwariowaną hybrydą gatunkową, z jednej z strony przypominającą “Grę o tron”, “Wikingów” i “Władcę pierścieni”, z drugiej natomiast komediowo-gangsterski “Przekręt”, a miejscami w pewien sposób nawet “Hooligans”. Jakie danie może powstać z tak kontrastujących ze sobą składników? Niestety wyjątkowo ciężkostrawne… 

Król Artur Guya Ritchiego to wychowany w burdelu, sypiący ciętymi ripostami zawadiaka, który trenuje sztuki walki, a na życie zarabia kradnąc, zbierając haracz, egzekwując długi i od czasu do czasu lejąc po pyskach co gorszych awanturników. Młody, acz już prawie dorosły Artur, nie ma pojęcia, że jest dziedzicem potężnego, podstępem zabitego przez własnego brata, króla Uthera. Nie wie również, że sprzymierzony z siłami ciemności stryj Vortigern, jako obecnie panujący władca, rozkazał schwytać go swoim sługom celem zdobycia potężnego Excalibura. Wkrótce jednak nasz bohater ma wyciągnąć legendarny miecz i tym samym odkryć swoje prawdziwe pochodzenie. Pomaga mu w tym tajemnicza, władająca magią uczennica Merlina i tzw. Ruch Oporu, wraz z którym planuje obalić szalonego tyrana. Wpierw jednak Artur będzie musiał nauczyć się panować nad potęgą Excalibura oraz ostatecznie odegnać demony przeszłości, które co noc spędzają mu sen z powiek.

Magia, olbrzymie słonie i samodzielnie wychodzący naprzeciw hordom złego czarownika Mordreda, król Uther uzbrojony w błękitnie połyskujący Excalibur… Już w prologu reżyser pokazuje nam w pełnej krasie, z jakim spojrzeniem na legendę będziemy mieli tu do czynienia. Później jest jeszcze lepiej, bo w ramach ekspozycji tytułowego bohatera otrzymujemy dynamiczny montaż rodem z “Przekrętu”, obrazujący poszczególne etapy dorastania Artura na ulicach obskurnego Londiunium. Tym samym Ritchie udowadnia, że bynajmniej nie ma zamiaru rezygnować ze swojego specyficznego stylu, a ze swojej wersji Króla Artura pragnie uczynić osadzony w gatunku fantasty film gangsterski rozgrywający się w średniowiecznych realiach. Na papierze brzmi intrygująco. Niestety jednak w tym wszystkim zabrakło odpowiednich proporcji.

Już sami bohaterowie oraz ich atrybuty stanowią swego rodzaju kompletne przeciwwagi. Z jednej strony kreowany w łotrzykowskim stylu cwaniacki Artur, a na drugim biegunie iście teatralny, wręcz szekspirowski Vortigern. Obie postacie mają jednak odpowiednie tło i charyzmę, którą obdarzyli ich odpowiednio energiczny Charlie Hunnam i demoniczna wersja Juda Law’a. Gorzej natomiast jest na drugim planie, gdzie bohaterowie pojawiają się i znikają w takim tempie, że miejscami nawet nie wiadomo kto jest kim i skąd się w zasadzie wziął w danej scenie.

Winny temu jest przede wszystkim tragicznie pocięty montaż, który choć w zamiarze miał nadać fabule więcej dynamizmu, to wraz z innymi i tak dostatecznie napędzającymi akcje elementami filmu, sprawia że ta mknie aż za szybko, wywołując w widzu wrażenie totalnego chaosu i braku zrozumienia niektórych wątków.

Przyznam, że sam zamiar zrealizowania Króla Artura w “snatchowym” stylu osobiście bardzo przypadł mi do gustu. Problem jednak tkwi w tym, że inne, poprowadzone w podobny sposób filmy Ritchiego, miały oparcie w świetnie napisanym scenariuszu. W Legendzie miecza ten okazuje się totalnie głupi, dziurawy, nierzadko nielogiczny, a miejscami wręcz przypominający scenariusz kiepskiej gry RPG. Oprócz widowiskowości i aż przekombinowanej oryginalności, reżyser nie miał nam nic więcej do zaproponowania.

Na szczęście w chwilach kiedy mózg może całkowicie odpoczywać, widz może nacieszyć oczy i uszy. Warstwa realizacyjna Króla Artura to bowiem najwyższa liga. Efekty specjalne robią wrażenie, a słowiańsko-rockowa ścieżka dźwiękowa, idealnie komponuje się z obrazem stanowiąc chyba najmocniejszy element całej produkcji.

Zaproponowana przez Ritchiego wersja popularnej legendy z pewnością intryguje, ciekawi, a gdy lubimy takie nietypowe połączenia – również i bawi i dostarcza pożądanej rozrywki. Ja osobiście, choć samej próbie reżysera śmiało mogę przyklasnąć, nie mogę jednak odegnać od siebie myśli, że w tej naprawdę słusznej koncepcji, zabrakło nieco umiaru. Nie od dziś w końcu wiadomo, że co za dużo to nie zdrowo, a gdy zaburzymy odpowiednie proporcje, nawet z najlepszych składników może wyjść coś niezjadliwego. Ta gatunkowa zupa niestety okazała się zbyt słona…


Król Artur 2017 recenzja
Król Artur: Legenda miecza (King Arthur: Legend of the Sword)
Reżyseria: Guy Ritchie
Scenariusz: Joby Harold, Guy Ritchie, Lionel Wigram
Zdjęcia: John Mathieson
Muzyka: Daniel Pemberton
Obsada: Charlie Hunnam, Jude Law, Djimon Hounsou, Astrid Bergès-Frisbey, Aidan Gillen, i inni
Gatunek: Dramat, Przygodowy, Akcja 
Kraj: Australia, USA, Wielka Brytania
Rok produkcji: 2017
Data polskiej premiery: 16 czerwca 2017

 


 CHCESZ WIĘCEJ RECENZJI I CIEKAWYCH ZESTAWIEŃ? POLUB NAS I BĄDŹ NA BIEŻĄCO: 
  • Michał Chmielowiec

    Czy riposta z natury nie jest cięta?… 😉

    • Z natury raczej tak, co nie znaczy że koniecznie musi być trafiona 🙂

  • Abstrahując od samego filmu, design Vortigerna jest po prostu obłędnie piękny.