Gra o wszystko recenzja

Gra o wszystko (2017): All-in

Aaron Sorkin świetnym scenarzystą jest – to nie ulega wątpliwości. Czy jednak mistrz filmowego słowa, twórca scenariuszy do „Moneyball”, „Jobs” i przede wszystkim „The Social Network” może być też dobrym reżyserem? Nie wątpię, że tak, ale choć Gra o wszystko jest w miarę solidnym debiutem, nie daje w tej materii jednoznacznej odpowiedzi. Na szczęście Amerykanin miał w swojej tali parę asów, a jednym z nich była Jessica Chastain… 

Gra o wszystko opowiada prawdziwą historie Molly Bloom – narciarki, której pechowy wypadek podczas kwalifikacji olimpijskich nie pozwolił kontynuować obiecującej kariery. Gdy kontuzja zmusiła ją to rezygnacji ze swoich sportowych ambicji, przypadkowy splot zdarzeń sprawił, że nasza ponadprzeciętnie inteligentna Molly zaczęła organizować nie do końca legalne rozgrywki pokera. Rozgrywki w których pojedyncze stawki sięgały milionów dolarów i w których udział brali politycy, aktorzy, muzycy… a nawet członkowie rosyjskiej mafii. Nic więc dziwnego, że do drzwi pokerowej księżniczki, wkrótce zapukało FBI.

Już od pierwszych scen widać, że realizując Grę o wszystko Sorkin ewidentnie zapatrzył się w twórczość Martina Scorsese. Jego film reklamuje się nawet jako ‚kobiecą wersja Wilka z Wall Street’, co jest porównaniem o tyle po względem marketingowym w pełni zrozumiałym, co w ostateczności mało trafnym. Jeśli już, to dużo bardziej przypomina „The Big Short” Adama McKay’a. Jednak i w zestawieniu z nim wypada jako film  mniej konsekwentny, spójny i przede wszystkim – atrakcyjny dla widza. 

Rozgrywana w trzech osiach czasowych fabuła przeskakuje między dzieciństwem bohaterki i jej brutalnie przerwaną karierą sportową, okresem budowy podziemnego pokerowego imperium oraz czasu teraźniejszego, w którym na sali sądowej bohaterka musi zmierzyć się z konsekwencjami wcześniej podjętych decyzji. Abyśmy się nie pogubili, przez cały film Molly jako narrator z offu skrupulatnie tłumaczy nam meandry pokerowej gry, gdzieniegdzie kusząc się nawet na ciekawe anegdoty o swoich znamienitych gościach. Narracja jest szybka, inteligentna i trafna. Pomaga to w utrzymaniu uwagi i przyczynowo-skutkowego porządku fabuły, ale niestety mam wrażenie, że miejscami jest tego za dużo, co w parze z dynamicznym montażem i sypiącymi się jak z karabina maszynowego elokwentnymi dialogami, nie daję za dużo czasu widzowi na przemyślenie tego co usłyszał, i co za tym idzie – faktyczne zanurzenie się w całą historię. 

Z kolei w innych momentach miałem wrażenie, że bohaterka czegoś mi nie mówi, coś przede mną ukrywa, a jej ugrzeczniony wizerunek jest efektem kompromisu między prawdziwą Molly a piszącym scenariusz Sorkinem. Swoją charyzmę bohaterka zawdzięcza w zasadzie tylko znakomitej Jessice Chastain. To dzięki jej kreacji nie czułem, że mam do czynienia z jednowymiarową postacią, bo aktorka z pewnością zagrała swoją rolę lepiej, niż została ona napisana. Film kompletnie olewa kwestię jej nałogu, odwyku, bolesnego upadku, wspominając tylko, że takie coś miało miejsce, ale nie pokazując bohaterki w chwilach dla niej najgorszych. Nie twierdzę oczywiście, że Molly tak jak Jordan Belfort w „Wilku z Wall Street” powinna wciągać przeterminowane dragi i czołgać się do swojego lamborghini. Chodzi mi raczej o utrzymane w tempie i stylistyce filmu wyraźne zaakcentowanie ciężaru jaki na siebie wzięła i tego jak w ostateczności zmieniło ją to jako człowieka.

W Grze o wszystko brakuje trochę szaleństwa i odwagi, która wzniosłaby ten film ponad przeciętność. Niby Sorkin sprawnie opowiada, niby bez problemu przechodzi z retrospekcji w podwójną retrospekcje… Ba, całkiem dobrze wychodzi mu nawet prowadzenie aktorów, ale wszystko to robi w zbyt nudnym i jednostajnym tempie. Co gorsza – moim zdaniem jest ponad to mało konsekwentny, bo wyidealizowany przez siebie portret bohaterki, puentuje sporo psującą konkluzją, która podważa wcześniej budowany wizerunek Molly jako silnej kobiety próbującej sobie radzić w męskim świecie.

Ostatecznie ten zaledwie poprawny film ratuje znakomita obsada. Jessica Chastain niezmiennie dla siebie udowadnia, że jest jedną z lepszych aktorek w Hollywood. Mimo kiepsko napisanej postaci, potrafi nadać swojej bohaterce odpowiedniego wyrazu i głębi. W pełni swój czas na ekranie wykorzystują również Idris Elba, który wcielając się w rolę adwokata głównej bohaterki zalicza znakomity monolog w jej obronie, a grający surowego ojca Molly, Kevin Costner,  przypomina sobie i nam o tym jak wspaniałym aktorem może być gdy tylko choć trochę mu się chcę.

Kusząc się na pokerową terminologię, można powiedzieć, że to rozdanie Sorkin wygrał. Minimalnie co prawda, ale wciąż. Mam jednak nadzieje, że w kolejnej partii zaryzykuje trochę więcej i zacznie grać większymi stawkami. Następnym razem ta kalkulacja i to bezpieczne podejście może bowiem nie zadziałać. Co gorsza – sprawi, że nikt już siądzie z nim do kolejnej gry.   


Gra o wszystko recenzja
Gra o wszystko (Molly’s Game)
Reżyseria: Aaron Sorkin
Scenariusz: Aaron Sorkin
Zdjęcia: Charlotte Bruus Christensen
Muzyka: Daniel Pemberton
Obsada: Jessica Chastain, Idris Elba, Kevin Costner, Michael Cera, Jeremy Strong,  Chris O’Dowd i inni
Gatunek: Biograficzny, Dramat
Kraj: USA
Rok produkcji: 2017
Data polskiej premiery: 5 stycznia 2018

 


 CHCESZ WIĘCEJ RECENZJI I CIEKAWYCH ZESTAWIEŃ? POLUB NAS I BĄDŹ NA BIEŻĄCO: