Brooklyn - recenzja

Brooklyn (2015): „Ciężkie” życie imigranta

Przyznam szczerzę, że w normalnych warunkach Brooklyn byłby dla mnie jednym z tych filmów, które omijałbym szerokim łukiem. Nie lubię melodramatów, mam dość wałkowania popularnego ostatnio tematu emigracji, oraz szczerze irytowała mnie Saoirse Ronan w kiepskawej „Nostalgii Anioła”. Wszystko zmieniła jednak (szokująca jak dla mnie) nominacja filmu Johna Crowleya do Oscarów 2016. Stwierdziłem więc, cóż, bynajmniej nie traktuje nagród Akademii jako wyznacznik jakości, jednak mimo wszystko może jest w tym filmie coś więcej niż powierzchowna cukierkowość, która jest moim pierwszym skojarzeniem. Już po seansie stwierdziłem że w tym przypadku dobra intuicja nie jest tylko atutem żeńskiej części widowni…

Brooklyn to historia o perypetiach młodej Irlandki Eilis Lacey, która zmęczona życiem w prowincjonalnym irlandzkim miasteczku, postanawia spakować walizki, wsiąść w statek i spróbować swoich sił za oceanem, a konkretnie w Nowym Yorku. Tym samym Eils idzie w ślady wielu innych mieszkańców Irlandii, którzy w Stanach Zjednoczonych szukali szczęścia i lepszej przyszłości. Nie każdy z nich ją znalazł, niektórzy osiągali sukces inni wracali do kraju z podkulonym ogonem, jeszcze innych nie było nawet stać na bilet powrotny do domu.

Jeśli ktokolwiek z Was był sam poza domem więcej niż miesiąc, wie jak trudne jest życie w nowym miejscu z dala od przyjaciół, rodziny, ciepła domowego, czy nawet z dala od swoich ulubionych miejsc w rodzinnych stronach. Życie na emigracji nie jest łatwe i początkowo wymaga od człowieka wiele; począwszy od elastyczności i przystosowania się, skończywszy na poznaniu języka, stylu życia, czy prostych obyczajów o których rodowici mieszkańcy nawet nie myślą. Emigracja wiele wymaga, a nie zawsze tyle samo daje w zamian. Początkowe uczucie euforii, szybko zastępuje uczucie odosobnienia i alienacji od otaczającego nas świata. Ale dość o tym, bo paradoksalnie opowiem o emigracji więcej, niż zrobił to film Johna Crowleya.

Początkowe życie Eilis na Brooklynie nie jest łatwe. Trafia tam do domu bogobojnej gospodyni, lubującej się szczególnie w katolickim indoktrynowaniu swoich podopiecznych i śledzeniu promocji w pobliskich butikach. Jedyną osobą którą zna, jest ksiądz z irlandzkiej parafii który pomógł bohaterce zorganizować wyjazd, a jedyne ukojenie znajduje w listach które regularnie przysyła jej siostra Rose z Irlandii. Jednak nie dajmy się oszukać, poza zrozumiałą i do bólu oczywistą tęsknotą za domem, bohaterce powodzi się całkiem dobrze, bynajmniej lepiej niż by się mogło początkowo zdawać. Eilis ma pracę, ma wyrozumiałą szefową, ma dach nad głową i ma codziennie ciepły posiłek. Ba, bohaterka poznaję nawet miłego, przystojnego, włoskiego młodzieńca na jednej z potańcówek. Na tym w zasadzie motyw emigracji i towarzyszącym jej emocji, się kończy. Reszta sprowadza się do rozterek miłosnych bohaterki, oraz do jej niezdecydowania i braku asertywności przy podejmowaniu kolejnych decyzji.

Sprawy rodzinne zmuszają bohaterkę do powrotu do domu, gdzie wszyscy chcą aby Eilis nie wracała już do Nowego Yorku, tylko została w Irlandii. Nikt nie wie o tym, że ta ułożyła już sobie życie w Stanach, a i nawet samej zainteresowanej nie śpieszno do tego typu zwierzeń. Dziwnym zbiegiem okoliczności w Irlandii czeka na bohaterkę wszystko czego pragnęła wcześniej i czego szukała aż na innym kontynencie. Dramat – mówią twórcy, ja bym raczej powiedział – lucky girl. Więc jak już wspomniałem całość sprowadza się do rozterki miłosnej, czy wybrać przystojnego Włocha z Brooklynu i żyć w domku na Long Island, czy może zostać z miejscowym amantem w rodzinnej miejscowości. Bohaterkę w tym wszystkim cechuje wyjątkowy brak zdecydowania, asertywności, a i nawet decyzję podjęła pod wpływem innej osoby.

Żeby jednak oszczędzić wam trochę do oglądania, na tym skończę swoje fabularne dywagacje, a powiem wam o plusach – czyli scenografii, a raczej przyjemnemu dla oka klimatu Ameryki lat 50.  Kostiumy, piękna sceneria, to zdecydowane atuty Brooklynu, Ameryka jest modna, głośna i barwna. A sama bohaterka powoli daje się uwieść urokowi tamtejszych zwyczajów i lekkiej powierzchowności.

Stabilnym i dobrym elementem filmu jest aktorstwo. Saoirse Ronan w mojej całej przed seansowej antypatii, naprawdę udźwignęła ten film. Bywała irytująca, ale to raczej nie wina samej aktorki, a postaci w jaką musiała się wcielić. Reszta obsady gra równo i podręcznikowo, z dwójką męskich bohaterów na czele. Tony Fiorello i Jim Farrell to po prostu równi goście, porządni, mili i dobrze wychowani. Tym cięższy wybór między nimi miała bohaterka i zarazem tym ciężej przechylała się fala sympatii widza na jednego z dwójki bohaterów.

Fabuła Brooklynu oparta jest na powieści irlandzkiego pisarza Colma Toibina. Scenariusz Nick Hornby jest jednak dużo uboższy niż literacki pierwowzór. Powieść Toibina bardziej niż o miłości, opowiada o samej emigracji – a ta jak już zdążyłem ustalić – jest tu przedstawiona bardzo powierzchownie.

W całej tej pięknej i kolorowej oprawie Brooklyn okazał się filmem tylko (a może aż) średni. Miał mocne strony, owszem. Tylko niestety tych negatywnych, a raczej obojętnych odczuć względem filmu, miałem znacznie więcej. Całość była plastikowa, rozlazła i paradoksalnie za prosta. Na pewno można stwierdzić że Brooklyn Johna Crowleya stoi w wyraźnej opozycji do „Imigrantki”  Jamesa Gray’a. W końcu nie ulega wątpliwości że Ewa Cybulska grana przez Marion Cottilard w „Imigrantce”, może tylko pozazdrościć Eilis Lacey z Brooklynu, ale cóż, Polak zawsze ma pod górkę. Tak jak „Imigrantka” Gray’a była zbyt dramatyczna, zbyt ciężka, i zbyt przerysowana, tak Brooklyn Crowleya jest zbyt lekki, zbyt łatwy, i zbyt miałki. Tak, to właśnie tej miałkości nie mogę znieść. Dlatego następnym razem, grzecznie proszę o coś po środku.


 Brooklyn
Reżyseria: John Crowley
Scenariusz: Nick Hornby
Muzyka: Michael Brook
Zdjęcia: Yves Bélanger
Obsada: Saoirse Ronan, Emory Cohen, Domhnall Gleeson,Jim Broadbent, Julie Walters, i inni
Gatunek: Melodramat
Kraj: Irlandia, Kanada, Wielka Brytania
Rok produkcji: 2015
Data polskiej premiery: 19 lutego 2016

 


CHCESZ WIĘCEJ RECENZJI I CIEKAWYCH ZESTAWIEŃ? POLUB NAS I BĄDŹ NA BIEŻĄCO: 
  • Nie oczekiwałam wiele od tego filmu – ale miałam nadzieję na wciągającą historię i kilka łez – ale okazało się, że to i tak było zbyt dużo. Prosta, przewidywalna historia, papierowe, nieciekawe postacie i zero emocji… Jedyne, co zwraca uwagę, to zdjęcia i kostiumy. Też podpisuję się pod tym, że ten film jest po prostu miałki.

    Nie widziałam jeszcze „Mostu szpiegów”, ale z pozostałych filmów oscarowych z „głównej” kategorii, właśnie najmniej podobał mi się Brooklyn.

    • Ja już widziałem wszystkie nominowane i „Brooklyn” zdecydowanie najgorsze… Można się wkurzyć bo zajmuje nominowane miejsce które dużo bardziej należy się „Sicario”, czy choćby animacji „I w głowie się nie mieści”, o wielu innych też lepszych od „Brooklynu” filmach nie wspominając