Avengers: Wojna bez granic (2018): Równowaga

Dziesięć lat mozolnego budowania spójnego Uniwersum. Dziesięć lat planowania, umiejętnego wprowadzania nowych bohaterów i zdobywania zaufania coraz większej rzeszy fanów. Dziesięć lat, w którym każdy nowy film dokładał swoją cegiełkę do fundamentów, na którym stoi ten jeden – najważniejszy i stanowiący kulminacje trwającej okrągłą dekadę pracy projekt o nazwie Avengers: Wojna bez granic. I oto nadszedł ten dzień, w którym widzowie mówią – sprawdzam! Tylko czy to miało prawo się udać?  

To musiało się udać! Każdy zaangażowany w ten projekt i każdy widz, który czekał tyle lat aby w końcu zobaczyć ten film, nawet nie dopuszczał do siebie myśli, że coś może pójść nie tak, że gigantyczny film okaże się jeszcze większą porażką. A jednak pójść nie tak mogło naprawdę sporo – od fabuły, po antagonistę, na efektach wizualnych kończąc.  I co wtedy?! Oto nie musimy się jednak martwić, bo Wojna bez granic, to film który nie tylko spełnia pokładane w nim oczekiwania. To film, który do tych oczekiwań dokłada od siebie jeszcze więcej… 

Myślę, że nie ma sensu pisać tu o fabule. Rozwodzić się o tym jaki jest punkt wyjścia od którego zaczynają nasi bohaterowie lub kim jest Thanos. Po pierwsze – nie mamy tyle czasu. Po drugie – większość z Was doskonale wie co działo się wcześniej i o jaką stawkę toczy się ta wielka rozgrywka. A po trzecie – nie chce absolutnie nic a nic zdradzać z fabuły, lepiej idźcie do kina i przekonajcie się sami.

Jednak domyślam się, że wielu z Was, którzy nie są dobrze zaznajomieni z Kinowym Uniwersum Marvela lub dopiero od Wojny bez granic zaczynają z nim swoją przygodę, zastanawiają się ile i czy w ogóle zrozumieją co i dlaczego dzieje się na ekranie. Powiem szczerze, że ciężko na to pytanie odpowiedzieć jednoznacznie. Jest tak, ponieważ z jednej strony bracia Russo świadomi tego, że ktoś może słabiej orientować się we wcześniejszych wydarzeniach sporo wyjaśniają, powtarzają pewne istotne dla fabuły kwestie, a z drugiej nie znając przynajmniej tych najważniejszych filmów, taki widz nie do końca będzie się orientował choćby w relacjach między bohaterami, przytaczanymi przez nich samych wątkami z przeszłości, które zlepiają, formują kształt tego filmu.

Innymi słowy – tak, możesz iść do kina na Wojnę bez granic nie znając wcześniejszych filmów i wciąż dobrze się bawić. Musisz jednak wiedzieć, że nie będziesz wtedy w stanie odbierać tego filmu na takim poziomie zaangażowania, emocji i przede wszystkim zrozumienia jak Ci, dla których powtórkowy maraton całego Uniwersum przed pójściem do kina, to rzecz obowiązkowa.

Bracia Russo już w „Zimowym żołnierzu” i „Wojnie bohaterów” udowodnili, że wiedzą jak robić filmy, które wciąż potrafią bawić, są pełne komiksowego luzu i humoru, ale pośród tego odnajdują też w sobie miejsce na powagę i dramat. Bałem się, że w przypadku nowych Avengers przez ilość wątków, pędzącą na łeb na szyję akcję i całą masę bohaterów, których trzeba jakoś widzowi wyeksponować, tym razem tej równowagi nie zachowają i film albo okaże się zbyt pompatyczny i poważny, albo przeciwnie – stanie się zbyt zabawny jak na to o jakich wydarzeniach nam opowiada.

Szybko zorientowałem się, że moje obawy były bezpodstawne. Jedną z największych zalet Wojny bez granic jest bowiem doskonały balans, który zachowuje ten film. Gdy ma być poważnie – jest poważnie, gdy trzeba trochę spuścić powietrza i rzucić jakimś żartem – jest autentycznie zabawnie, a gdy niektórzy bohaterowie spotykają się po raz pierwszy i musi to być moment, który każdy z widzów zapamięta na długo – dokładnie tak się dzieje.

Dzięki temu, że przez te wszystkie lata tak związaliśmy się z bohaterami Uniwersum, Wojna bez granic do pakietu dodaje od siebie jeszcze jedną rzecz, którą ciężko było uzyskać (nie żeby niektórzy nie próbowali) wcześniej – autentycznie potrafi wzruszyć.

Jednak po kolei. To, oprócz tego jak zaprezentuje się Thanos, na co najbardziej czekałem przy okazji tego filmu, to właśnie wspomniane wcześniej spotkania bohaterów, którzy wcześniej ani przez chwilę nie dzielili ze sobą czasu na jednym ekranie. W tej kwestii najbardziej interesowało mnie, jak do reszty ziemskich członków Uniwersum wpasują się Strażnicy Galaktyki – i stylistycznie, i fabularnie. Rezultat przeszedł moje najśmielsze oczekiwania. Jednak nie tylko Thor spotykający Star Lorda i spółkę, to strzał w dziesiątkę scenarzystów. Genialnie wypada też burzliwy bromance dwóch największych egocentryków Uniwersum Marvela, czyli Iron Mana i Doctora Strange’a, albo krótkie, ale doskonale przedstawione spotkanie Black Widow z Okoye i Scarlet Witch.

Musicie się jednak nastawić na to, że nie każdy z waszych ulubionych bohaterów dostanie tyle samo czasu na ekranie. Oprócz Thanosa, zdecydowanie najwięcej czasu otrzymuje Thor, którego wątek stanowi nijako kontynuację wydarzeń z „Thor: Rangarok„, Iron Man, może Star Lord i – jak sami pewnie się domyślaliście – ze względu na pewien żółty kamyk – duet Visiona i Scarlet Witch. Jeśli o mnie chodzi, to zdecydowanie więcej mogłoby być Kapitana Ameryki… Jednak i on tak jak pozostali bohaterowie, mają w Wojnie bez granic swoje pięć minut, swoją chwilę.

Nic by jednak z tego nie wyszło, nic by się nie udało a widzowie wyszliby z kina zawiedzenie gdyby nie on – najlepszy, najlepiej zagrany i najlepiej zarysowany antagonista całego Uniwersum Marvela – Thanos. Tak, to właśnie ten fioletowy tytan jest prawdziwą i najjaśniejszą gwiazdą tego filmu. Braciom Russo udało się coś, co chyba nie wyszło do tej pory nikomu od Iron Mana po „Czarną Panterę„. Nie tylko stworzyli antagonistę, który faktycznie jest potężny, budzi grozę i respekt od pierwszej sceny, w której pojawia się na ekranie…

Thanos jest postacią z krwi i kości, pełnoprawnym bohaterem całej historii. Nie tylko jego wątek i czas spędzony na ekranie jest największy w całym filmie. To co jest jego największą zaletą, co go wyróżnia i jest największym sukcesem Wojny bez granic, to fakt, że my go w pewien sposób rozumiemy. Wiemy i wierzymy, że z jego perspektywy to on jest bohaterem tej historii, on bierze na siebie ciężar i odpowiedzialność, ale robi to, bo to uważa za jedyne słuszne rozwiązanie.

Jak się okazuje, to nie jest również postać wyprana z emocji. Momentami wydaje się nawet, że ma on ich w sobie więcej niż nam pokazuje. Jednocześnie to przeciwnik tak potężny, że autentycznie obawiamy się o to, że nasi bohaterowie nie wyjdą z tego cało. Ba – i oni mają tego świadomość, i w tych najważniejszych scenach, widzimy na ich twarzach powagę, wiemy, że zdają sobie sprawę o jaką stawkę toczy się ta gra.

Co mogę powiedzieć o aktorach? Co mogę powiedzieć też o efektach wizualnych? Cóż, jeśli wiedzieliście wcześniejsze filmy, to nie ma sensu mówić Wam, że Robert D. Junior dobrze zagrał Iron Mana, a Chris Evans to doskonały Kapitan Ameryka. Pochwalę tylko Josha Brolina, czyli aktora od którego zależało tutaj najwięcej. Już wiecie co sądzę o Thanosie, ale to właśnie gdyby nie on, pewnie nie mówilibyśmy teraz o antagoniście nowych Avengers jako on najlepszym w historii. A efekty wizualne? Dajcie spokój – chyba widzieliście zwiastuny?! Szykujcie się na wizualny orgazm, który potęguje jeszcze fakt, że w zależności od tego gdzie rozgrywa się akcja i kto jest w jej centrum – czy Strażnicy, czy przenosimy się do Wakandy albo oglądamy czarującego Doctora Strange (swoją drogą, obok Thanosa najlepiej zaprezentowana postać w całym filmie, lepiej niż w solowym) taki wizualny styl przyjmuje też sam film.

Trzeba jednak pamiętać, że sukces Wojny bez granic, to sukces nie tylko jednego filmu a całego Uniwersum. Gdyby nie to, że tak lubimy, tak zależy nam na bohaterach, nic z tego by nie wyszło. Film leży bowiem na podstawach tego, co było budowane przez długie długie lata i bez czego nie oglądalibyśmy Avengers z takimi wypiekami na twarzy, nie odczuwalibyśmy takich emocji i nie klaskali jak głupi w kinie gdy tylko na ekranie pojawia się w końcu nasz ulubiony bohater. Ten film to ogromny sukces i prawdopodobnie największe wydarzenie popkulturowe tej dekady, być może nawet mojego pokolenia, a jedyny zarzut jaki mogę do niego mieć, to że na końcu pozostawił mnie tak oszołomionego, tak roztrzęsionego, że nie wiem jak wytrzymam rok do kolejnej części. Naprawdę, nie wiem.


Avengers wojna bez granic recenzja
Avengers: Wojna bez granic (Avengers: Infnity War)
Reżyseria: Anthony Russo, Joe Russo
Scenariusz: Christopher Markus, Stephen McFeely
Muzyka: Alan Silvestri
Zdjęcia:
Trent Opaloch
Obsada: Robert Downey Jr., Chris Evans, Benedict Cumberbatch, Scarlett Johansson, Chris Pratt, Chris Hemsworth, Mark Ruffalo, Josh Brolin, Elizabeth Olsen, Zoe Saldana, Sebastian Stan, Paul Bettany, Dave Bautista, Bradley Cooper, Tom Holland,  Chadwick Boseman, Pom Klementieff, Danai Gurira, Anthony Mackie, Tom Hiddleston i inni
Gatunek: Akcja, Sci-Fi
Kraj: USA
Rok produkcji: 2018
Data polskiej premiery: 26 kwietnia 2018

 


 CHCESZ WIĘCEJ RECENZJI I CIEKAWYCH ZESTAWIEŃ? POLUB NAS I BĄDŹ NA BIEŻĄCO: