A.Weir – Marsjanin

Marsjanin - recenzja książkiDziś zabieram Was w kosmos! A konkretnie to na Marsa; fajną, czerwoną planetę oddaloną od nas o jakiś plus minus rok podróży. Podróże kosmiczne fascynują ludzi od momentu, gdy pierwsi astronauci znaleźli się na okołoziemskiej orbicie. Od tej pory ciągle chcemy docierać dalej i dalej, zgłębiać coraz to nowsze obszary Wszechświata. Póki co człowiek stanął poza Ziemią jedynie na Księżycu, ale od dłuższego czasu coraz głośniej mówi się też o załogowej misji na Marsa. Na razie są to tylko plany, ale możemy mieć chyba stuprocentową pewność, że ten cel zostanie w końcu osiągnięty (nie wierzycie? Dwieście lat temu nasi przodkowie pukali się w głowę, gdy ktoś mówił o lataniu wielkimi załogowymi maszynami, czy spacerowaniu po Księżycu).

Wyprawy w kosmos zawsze są świetnie przygotowane. Jestem pewna, że zdarzyło się Wam kiedyś usłyszeć lub przeczytać o tym, jak z precyzyjną dokładnością dobiera się osoby, które znajdą się w załodze takiej podróży. Naukowcy, inżynierowie, badacze, którzy poza naprawdę wielkimi mózgami cechują się jeszcze świetną sprawnością fizyczną i odpornością. NASA w przygotowaniach do lotu skupia się na najdrobniejszych szczegółach. Co astronauci będą jeść i pić, na jak długo starczy im zapasów. Kiedy widzimy uśmiechnięte twarze ludzi lewitujących setki kilometrów nad naszymi głowami zdajemy się zapominać o tym, że tam, gdzie oni są nic nie wytwarza im tlenu, nic dla nich nie rośnie, a wodę zabrali ze sobą z Ziemi.

Andy Weir, w swojej książce wydanej po raz pierwszy w Stanach w 2011 roku, postanowił pokazać nam świat, w którym wyprawy na Marsa są równie powszechne co podróże na okołoziemską orbitę. Jego główny bohater nie jest ani pierwszym, ani ostatnim człowiekiem odwiedzającym tego Czerwonego Kolosa. Powieść ma wszelkie elementy opowieści z kanonu science-fiction i fantastyki, ale nie łudźcie się, że znajdziecie tam małe zielone ludziki powtarzające ciągle tak, tak (kto oglądał Marsjanie atakują ręką w górę!)

BOHATEROWIE I FABUŁA

Głównym bohaterem i narratorem większości rozdziałów w książce jest jeden z moich przyszłych mężów, Mark Watney. Jest on botanikiem i inżynierem, który w wyprawie na Marsa był jej najniżej usytuowanym członkiem. Właśnie został dowódcą. W rezultacie nieprawdopodobnego splotu wydarzeń Mark został pozostawiony sam sobie na obcej planecie. Nie jest w stanie nawiązać łączności z Ziemią, a wszyscy myślą, że on sam zginął – tak, ten biedaczyna zdecydowanie ma całkowicie przesrane*.

Przez całą książkę wspólnie z Markiem próbujemy przetrwać na nieurodzajnej ziemi w wyjątkowo nieprzychylnym człowiekowi klimacie. Mężczyzna się nie poddaje. Dzięki swoim umiejętnościom rozpoczyna pierwszą na Marsie uprawę ziemniaków, a jego zdolności inżynierskie pomagają mu uporać się z problemem wody oraz powietrza. Od pewnego momentu część historii przenosi się również na Ziemię – do USA oraz Chin, jak i na pokład Hermesa, czyli statku, na którym Mark przybył na Marsa. W tych rozdziałach mamy już do czynienia z narracją trzecioosobową.

BARDZO NA TAK

Autor niczego nie pozostawił przypadkowi w tej powieści. Za każdym razem, gdy chciałam powiedzieć coś w stylu „okeej, ale jak on to zrobił, skoro na Marsie nie ma nic?” dostawałam pełną i wyczerpującą odpowiedź, jak technicznie i naukowo jest możliwe dokonanie takich dziwów na obcej planecie jak uprawa roślin, filtracja wody, tworzenie powietrza, czy mrożenie żywności. Czasem te opisy były tak dokładne, że mój humanistyczny mózg dosłownie puchnął, ale doceniam ogrom pracy, jaką Andy Weir musiał włożyć w to, aby tak dokładnie dopracować wszystkie szczegóły.

Książka nie jest pozbawiona humoru. Postać Marka jest wykreowana absolutnie cudownie! Gdybym kiedykolwiek miała trafić na obcą planetę, to tylko i wyłącznie z nim. Facet jest super zaradny, a przy tym śmieszny i kochany. Nie da się go nie lubić!

BARDZO NA NIE

W zasadzie nie mam się do czego przyczepić. Może tylko do tego, że opowieść sama w sobie jest lekko przewidywalna i tak naprawdę już od samego początku możemy spodziewać się zakończenia, ale zaskakują wydarzenia „ze środka”, więc nie będę krzyczeć.

PODSUMOWUJĄC

Książka, jakiej jeszcze nie było. Autor wykonał ogromny kawał roboty nie tylko wymyślając fabułę i kreując postać Marka (love, love, love!), ale też zbierając wszystkie informacje z tak wielu dziedzin, że głowa mała – są tu nawiązania do fizyki, biologii, botaniki, astronomii, mechaniki, muzyki disco z lat 70. i 80. Bardzo ciekawe przedstawienie historii, nad którą wielu z nas się kiedyś zastanawiało – jak to jest być jedynym człowiekiem na świecie? Tutaj „świat” to Mars – jedno z najbardziej fascynujących nas miejsc, do którego chcemy kiedyś dotrzeć.

Polecam, bo mało jest powieści, w których bohater jest dosłownie jeden. Ciężko stworzyć pasjonującą historię, w której musimy ograniczyć się tylko do jednej postaci. To automatycznie bowiem pozbywa nas jakichkolwiek dialogów, czy innych interakcji interpersonalnych. Andy Weir się spisał!

DLA KOGO?

Początkowo określiłam tę książkę jako jedną z tych, które spodobają się przeważnie chłopakom, ale muszę zmienić zdanie. Płeć nie gra tutaj roli. Literatura raczej dla starszych nie ze względu na fabułę, ale bardzo duże zagmatwanie. Połączenie nauki i polityki może (ale oczywiście nie musi) troszkę znudzić młodszych czytelników, zwłaszcza jeżeli jesteście fanami dystopii, fantastyki w stylu Harry’ego Potter’a, czy obyczajówek kreowanych przez Green’a.
Absolutny must do przeczytania dla wielbicieli podróży kosmicznych i science-fiction.

EKRANIZACJA

A jest! I to nie byle jaka, bo bijąca rekordy popularności w kinach amerykańskich i europejskich. Premiera światowa miała miejsce 11 września 2015, polska – 2 października 2015. Reżyserem obrazu jest Ridley Scott (którego musicie kojarzyć jako twórcę Gladiatora!). W roli głównej facet, któremu zmarszczki dodają tylko uroku – Matt Damon.

Miałam okazję obejrzeć film w kinie i powiem Wam tak – urywa dosłownie wszystko! Choć nie łudźmy się, że twórcy zawarli w tym obrazie dokładnie każdy element znany nam z książki. Wiele wątków pominięto; w tym jeden dość istotny z drugą burzą. Ale i tak byłam wniebowzięta i wychodząc z filmu musiałam zbierać szczękę gdzieś z podłogi.

MOJA OCENA

9/10

OD STRONY TECHNICZNEJ

Wydawnictwo: Akurat
Liczba stron: 382
Tytuł oryginalny: The Martian
Tłumaczenie: Marcin Ring

* – Weir A. Marsjanin, Akurat, Warszawa 2015, str. 7. (żeby nie było, że ja sama od siebie mówię tak brzydko!)


CHCESZ WIĘCEJ RECENZJI I CIEKAWYCH ZESTAWIEŃ? POLUB NAS I BĄDŹ NA BIEŻĄCO: 
  • Jedyne, co mi ten film urwał, to 25 złotych za bilet. Skróty w porównaniu z książką tak koszmarne, że paru scen bym nie zrozumiał bez jej znajomości, cała warstwa naukowa zredukowana praktycznie do zera, a zamiast tego bezsensownie rozbudowane sceny na Ziemi i traktowanie widza jak debila (Rick Purnell demonstrujący swój pomysł na ratunek za pomocą przedstawienia z długopisem – no tak, przecież jego rozmówcy to zaledwie zarząd NASA, co oni mogą wiedzieć o lotach kosmicznych). W efekcie z genialnej książki, w dodatku idealnie się nadającej do ekranizacji, wyszedł film co najwyżej przeciętny. Nie wiem, jak Ridley Scott mógł to zrobić.

    • Zaczytana_Aga

      Cóż, twórcy mogli zrobić więcej. Doskonale rozumiem też niezadowolenie czytelników “Marsjanina” na wiele scen (czy też raczej – ich braku). Mnie się jednak film, pomimo swych wad, podobał. Być może, gdy za jakiś czas obejrzę go raz jeszcze zmienię opinię, ale po seansie w kinie byłam zadowolona.
      Nie pamiętam tej sceny z długopisem, będę musiała do tego wrócić.

  • Uwielbiam tę książkę i całkowicie się z Tobą zgadzam! Cieszę się, że nie dyskryminujesz kobiet, mnie akurat taka tematyka bardzo podchodzi i uwielbiam książki o wyprawach w kosmos, jak i ogólnie science-fiction 😉
    Mark jest świetny, kocham jego poczucie humoru i dystans do sytuacji, w której się znalazł. Każdy na Ziemi zastanawiał się “jak on to znosi psychicznie? co teraz myśli?”, a Mark szalał łazikiem, słuchał disco i robił wszystko, żeby nie zginąć.
    Co do ekranizacji, to już niestety nie jest tak fajnie. Nie rozumiem poruszenia odnośnie do tego filmu, pod względem oddania książki jest raczej słabo, wiele sytuacji zostało pominiętych, dosyć ważnych, jak np. burza pisakowa lub przewrócenie łazika. A tu Złoty Glob, chodzą słuchy, że może być nawet Oscar. Ja rozumiem, że słynny reżyser zrobił ten film, ale jak dla mnie nie wybija się on aż ta bardzo na tle innych. Bardzo spłycono książkę i tego przebaczyć nie mogę.
    Ale odnośnie recenzji samej książki się zgodzę 🙂
    Pozdrawiam,
    Gaba

    • Zaczytana_Aga

      Mnie film się podobał jako obraz sam w sobie. Fakt faktem – i może za słabo zaznaczyłam to w swojej recenzji, ale nie chciałam niepotrzebnie spoilerować – wiele wątków książkowych zabrakło, a burza piaskowa była chyba jednym z najważniejszych momentów w całej książce.
      Choć serio doceniam grę aktorską Matta. Dokładnie tak sobie wyobrażałam postać Marka czytając książkę. Uchwycił ten luz, żart i ironię głównego bohatera!
      Pozdrawiam i dzięki, że podzieliłaś się z nami również swoją opinią! 🙂

  • Trzydziestoletnie matki, które za kosmosem raczej nie przepadają, też znajdą tu coś dla siebie. Książka jest przewidywalna, to prawda, ale ciekawa. Czyta się szybko, ale przyjemnie (mimo tej całej chemiczno-kosmicznej oprawy). Filmu jeszcze nie widziałam, ale mam zamiar 🙂