J.Green – Gwiazd naszych wina

Gwiazd naszych wina. Oto i ona! Książka, o której na przełomie roku 2013/2014 mówili wszyscy. Nad nią płakano, nad nią się śmiano, a wieść niesie, że znaleźli się i tacy, którzy w połowie czytania mieli ochotę rzucić nią o ścianę. Co by jednak nie powiedzieć, to właśnie dzięki niej John Green został namaszczony mianem najbardziej poczytnego i lubianego pisarza literatury dla ‚młodych dorosłych’, a każda kolejna jego książka sprzedaje się niczym świeże pączki w Tłusty Czwartek.

Dlaczego sięgnęłam po nią dopiero teraz? Cóż, po pierwsze – jeżeli chcecie wypożyczyć ją z którejkolwiek krakowskiej biblioteki, musicie koniecznie uzbroić się w cierpliwość. W najlepszym wypadku dostaniecie ją w trzy miesiące po zamówieniu. Ja swój egzemplarz wreszcie kupiłam, bo – no naprawdę! – ileż można czekać! Po drugie, słyszałam o niej tak skrajne opinie, że w pewnym momencie zaczęła już zacierać mi się granica pomiędzy moją faktyczną oceną, którą mogłabym ewentualnie mieć, a zdaniem innych. Chwyciłam po nią w końcu, bo zaczęłam szczerze martwić się tym, że któregoś pięknego dnia ktoś mi w końcu zaspoileruje zakończenie tej powieści. W tym momencie Gwiazd naszych wina to już jedna z tych książek, o których fabule mówi się otwarcie, nie dbając o to, że palnie się jakimś spoilerem, no bo przecież wszyscy już czytali!

O czym jest ta książka? To opowieść o dwójce nastolatków – Hazel i Augustusie. W „normalnym” świecie pewnie nigdy by się nie spotkali. Ona to inteligentna, czasem stroniąca od towarzystwa ludzi pożerająca w kółko jedną i tę samą książkę dziewczyna. Tak naprawdę to sama już nie pamięta, czy kiedykolwiek była inna. On kiedyś był gwiazdą szkolnej drużyny koszykówki lubiącą grać w gry video i czytać komiksy; teraz robi głównie tylko te dwie ostatnie rzeczy. Co ich łączy? Rak. I umieranie.

BOHATEROWIE I FABUŁA

Narratorką i główną bohaterką powieści jest nastoletnia Hazel. Dziewczyna wychowuje się w Indianie i na pozór jest nastolatką taką jak wszystkie. Uczęszcza do collegu, kręci nosem na swoich rodziców i lubi czytać. Tym jednak co wyróżnia ją od innych jest to, że Hazel umiera. Od dzieciństwa cierpi na raka i mimo iż przydarzył jej się Cud i ciągle żyje, to doskonale zdaje sobie ona sprawę z tego, ze jest niczym Granat i kwestią czasu jej, aż wybuchnie. Za namową rodziców zaczyna uczęszczać na spotkania grupy wsparcia dla dzieciaków takich jak ona. Na jednym ze spotkań poznaje Augustusa, była gwiazdę szkolnej drużyny koszykówki, a aktualnie jednonogiego amatora dziwnych gier i jeszcze dziwniejszych komiksów. Hazel i Gus zbliżają się do siebie, a między nimi zaczyna rozwijać się uczucie. Ich życie nie jest jednak usłane różami. Śmierć i cierpienie zdają się być towarzyszami ich związku i nie dają o sobie zapomnieć.

Akcja powieści toczy się głównie w rodzinnym mieście nastolatków, ale znajdziemy w niej również krótki europejski epizod.

BARDZO NA TAK

Książka ma swoje plusy. Nie, nie popłakałam się przy niej, jeżeli sądziliście, że to wskażę na samym początku. Polubiłam jednak Gusa. W powieściach z prowadzoną pierwszoosobową narracją z reguły identyfikujemy się z bohaterem, który do nas „mówi”, ale w przypadku tej książki odczułam inaczej. Hazel mnie irytowała, Augustus zaś był przez cały czas prawdziwym słodziakiem! To ten typ chłopaka, z którym fajnie byłoby się przyjaźnić. Kumpel do pogadania, popłakania i pośmiania się. Będę brutalna, ale to napiszę – Gus ratuje całą książkę.

BARDZO NA NIE

Poza Gusem nic w tej książce mi się nie podobało. Tak, serio. Ale kto z Was jest bez winy niech pierwszy rzuci kamieniem! Hazel jest tak koszmarnie nudna, że aż boli. Ogrom jej przemyśleń (wyjątkowo głębokich jak na szesnastolatkę, nawet tak mocno doświadczoną przez życie) zapiera dech i to wcale nie w pozytywnym znaczeniu tego słowa. I jeszcze ten niefortunnie poprowadzony epizod z pisarzem. Olaboga! Swoistym crème de la crème było dorzucenie jeszcze do całej fabuły Anne Frank. Za dużo za dużo, za bardzo, za nie. Powiedzcie mi, czym się ludzie zachwycają w tej książce, bo ja tego nie odkryłam. A mam serce po właściwej stronie!

PODSUMOWUJĄC

Możecie mnie bić i na mnie krzyczeć, ale dla mnie to wyjątkowo słaba książka. Przewidująca aż do bólu kości. Nie trzeba być Sherlockiem Holmesem, by wiedzieć już po kilkunastu stronach, co spotka nas w ostatnim rozdziale. Bez polotu, bez wrażeń. Ot, taka powiastka do zjedzenia na dwa wieczory. Szukałam w niej czegoś głębszego i realistycznego, bo tematyka raka niestety nie jest mi obca. Ale zawiodłam swoje nadzieje, bo w książce nie znalazłam Ludzi, a jedynie Bohaterów, których wykreował autor.

DLA KOGO?

Jeżeli jesteście młodymi ludźmi, którzy w książkach szukają tego, co mogą zobaczyć na co dzień, to polecam sięgnąć, ale z dozą ostrożności. Powieść dla chłopaków i dla dziewczyn. Wysunę jednak przypuszczenie, że im jesteście starsi, tym powieść ta mniej się Wam spodoba. I nie ma się tu czego wstydzić. Ciężko oczekiwać od ludzi, którzy na karku mają po dwadzieścia kilka, czy trzydzieści lat żeby byli w stanie w pełni identyfikować się z nastolatkami, zwłaszcza jeżeli ci tak bardzo odbiegają od tego, jakimi ludźmi byliśmy my. I nie mówię tu wyłącznie o chorobie, ale też o charakterach i zainteresowaniach tych postaci, które są – najdelikatniej ujmując – zdecydowanie niepowszechne i nieprzeciętne.

EKRANIZACJA

W 2014 roku pojawił się film wyreżyserowany przez Josha Boone’a. Głowne role zagrali Shailene Woodley i Ansel Elgort.

Na pytanie, czy warto obejrzeć odpowiem, że tak. Dajcie spokój, rolę matki Hazel zagrała dr Ellie Sattler z Parku Jurajskiego a rolę ojca dziewczyny Sam z Czystej Krwii. Miło zobaczyć ich razem.

MOJA OCENA

3/10

OD STRONY TECHNICZNEJ

Wydawnictwo: Bukowy Las
Liczba stron: 310
Tytuł oryginalny: The Fault In Our Stars
Tłumaczenie: Magda Białoń-Chalecka

CHCESZ WIĘCEJ RECENZJI I CIEKAWYCH ZESTAWIEŃ? POLUB NAS I BĄDŹ NA BIEŻĄCO: 
  • Hm, hm, bardzo ciekawe spostrzeżenia. Ja mam nieco odmienne zdanie i jestem jedną z tych wielu, wielu fanek książki, ale to chyba dlatego, że naprawdę jako jedna z nielicznych, ta książka doprowadziła mnie do łez. Nie płaczę przy lekturze, więc nawet jeżeli zakończenie rzeczywiście było przewidywalne, to mnie wzruszyło. Hazel nudna? Nie miałam takich odczuć i darzyłam ją równie dużą sympatią co Gusa. Ba, co więcej nie uważam bynajmniej, żeby miała jakieś ponadprzeciętnie filozoficzne myśli, a nawet jeśli powiedziała tu czy tam „coś głębokiego”, nie miałam wrażenia, że było to nachalne. W ostateczności zwalałam to na karb jej życiowego doświadczenia, więc w tej kwestii wszystko mi odpowiadało. 🙂
    Nie mniej, bardzo miło czytało się tę recenzję. 🙂
    Pozdrawiam ciepło. 🙂