Toni Erdmann recenzja filmu

Toni Erdmann (2016): Wyścig korposzczurów

Po raz pierwszy głośno o niemieckim filmie Maren Ade zrobiło się na MFF w Cannes. Tam co prawda w konkursie głównym Toni Erdmann przegrał z “Ja, Daniel Blake” Kena Loacha, ale zgarniając świetne recenzje i zdobywając uznanie w oczach międzynarodowej krytyki, z europejskiej stolicy filmu wrócił bogatszy o nagrodę FIPRESCI. Później było jeszcze lepiej, bo na rozdaniu Europejskich Nagród Filmowych Toni Erdmann zdobył aż pięć wyróżnień, zamieniając tym samym w statuetki wszystkie swoje nominacje. Również za oceanem film cieszy się sporym uznaniem, zgarniając nominację do Złotego Globu oraz Oscara, czyli dwóch najważniejszych amerykańskich nagród filmowych. Robi wrażenie, prawda? Wszędzie zachwyty, pochwały, złote statuetki… brawo! Szkoda tylko, że mi ta ekscytacja kompletnie się nie udzieliła…

Winfried Conradi to emerytowany nauczyciel gry na pianinie dorabiający sobie na prywatnych lekcjach i udzielający się artystycznie podczas dziecięcych przedstawień w okolicznej szkole. Winfried jako typ lekko zdziecinniałego jak na swój sędziwy wiek żartownisia, zdaje się mieć bardzo pozytywne usposobienie, świetnie nadając się na partnera przy kilku kuflach w pobliskim pubie. Podstarzały lekkoduch nie gromadzi jednak w okół siebie życzliwych ludzi, żyjąc samotnie, rodzinę trzymając na dystans, a za najlepszego przyjaciela mając starego i ślepego psa Williego.

Gdy z wizytą do rodzinnego domu przyjeżdża jego córka Ines, bohater zaczyna dostrzegać przepaść jaka wytworzyła się między nimi. Ines jest już elegancką, zdjętą z żyrandola bizneswomen, która pnąc się po kolejnych szczebelkach korporacyjnej kariery, stała się poważna, zobojętniała i zimna jak lód. Równocześnie wciąż rozbrzmiewające służbowe telefony i ledwo dostrzegalny, choć dla ojca widoczny stres bohaterki, sprawił, że gdy Ines wróciła do pracy w firmie w Bukareszcie, zmartwiony Winfried postanowił spakować walizki, kupić bilet i niezapowiedzianie odwiedzić córkę w stolicy Rumunii.

Na miejscu czeka go jednak chłodne przywitanie, gdyż Ines akurat jest w trakcie realizacji bardzo ważnego projektu dla swojej firmy, a obecność zdziecinniałego ojca, jest dla niej niewygodna i nad wyraz krępująca. Trzeba jej oddać, że faktycznie, rodziciela miała ekscentrycznego, ciężkiego w obyciu i budzącego wśród jej towarzystwa raczej pełne zażenowania reakcje. Wystarczy powiedzieć, że podczas pierwszej rozmowy z jej szefem, z pełną powagą na twarzy dowcipkuje o rzekomo wynajętej przez niego córce zastępczej, gdyż jak twierdzi – jego własna nie ma dla niego czasu. I w sumie, gdyby nie to, że reflektując się w swojej gafie bohater przyznaje się do żartu, to de-facto sporo w jego słowach racji. Ines podczas jego wizyty jest w ciągłym biegu, w ciągłym wirze pracy, a zamiast spędzić czas z ojcem, woli pomóc przy zakupach w galerii żonie swojego partnera biznesowego.

W końcu po kilku dniach Ines nie wytrzymuje i w dość brutalny sposób wyprasza ojca. Widząc jednak jak ten zasępiony z bagażem wsiada do taksówki, również zaczyna czuć dystans i obcość jaka się między nimi wytworzyła. Czyżby byli już dla siebie obcymi ludźmi? Czy to ojciec się tak zmienił, czy ona? Ostatecznie wybucha płaczem, po raz pierwszy pokazując widzowi jakąkolwiek emocje. Jednak jako naoczny świadek samotności i ciągłego stresu córki, Winfried postanawia wydostać  ją z korporacyjnego piekiełka. Pomóc mu w tym ma jego dziwaczne alter-ego. Ubrany w znoszony garnitur, komiczną perukę i sztuczną szczękę, przedstawia się jako Toni Erdmann – raz ambasador niemiecki, raz wysoko postawiony biznesmen, innym razem coach prowadzący warsztaty samorozwoju, ale tak naprawdę – ojciec usiłujący uratować swoją córkę.

Jak widać powyżej punkt wyjścia fabuły niemieckiej reżyserki Maren Ade, jest dość intrygujący. Patrząc już na sam skrypt scenariusza, łatwo dostrzec, że Toni Erdmann ze spokojem odnalazłby się w roli ambitnego kina dramatycznego, patrzącego na poruszany temat z innej perspektywy oraz zadającego ważne i aktualne pytania.  Jednak poprzez lekkie uproszczenia, zabiegi stylistyczne i charyzmę głównych bohaterów, stał się w miarę sprawie funkcjonującą tragikomedią, z większym naciskiem na to drugie. Problem jednak w tym, że na obu frontach popełnia sporo błędów, nie będąc ani przejmującym i mocno angażującym dramatem, ani wybitnie śmieszną, trafiającą w punkt komedią. Być może reżyserka zdając sobie sprawę z tego z jak długim metrażem ma tu do czynienia (blisko 3h film), chciała uczynić z Toniego Erdmanna film bardziej gatunkowo niejednoznaczny, niejednowymiarowy. Niestety, źle rozłożyła akcenty, na czym najbardziej ucierpiał środek filmu.

O ile początek niemieckiej produkcji to naprawdę dobrze wypadająca ekspozycja głównych bohaterów, a końcówka to inscenizacyjna i aktorska jazda bez trzymanki, tak środek filmu jest niewyobrażanie nudny i kompletnie niepotrzebny. Wygląda wręcz jak ciągnąca się kilkadziesiąt minut jedna wielka retardacja, która w ostateczności zmyla oczekującego jakiejś ewolucji widza, nie prowadząc kompletnie donikąd. Toni Erdmann może na początku zaraża i nastraja swoją ekscentrycznością, ale gdy w grę zaczynają wchodzić żarty z pierdzącą poduszką, albo tarką do sera, ja jako widz zastanawiam się dokąd to wszystko zmierza…

Tytułowy Toni Erdmann w wykonaniu Petera Simonischek’a zdaje się wręcz istotą nie z tej ziemi, aberracją lub wytworem wołającego o pomoc, spaczonego korpo-życiem umysłu głównej bohaterki, która nawet miłość oraz towarzyszący jej dziwacznie perwersyjny seks, traktuje hierarchicznie i beznamiętnie. Pomijając już wspomniane żarciki z poduszką-śmierdziuszkom czy innego typu “groteskowości”, alter ego jej ojca przyjmuje tu niejako rolę jej własnego sumienia, które uzmysławia Ines absurdy życia korposzczura w które się zaangażowała, bezpodstawność jej stresu oraz to jak zatraciła się w wirze znienawidzonej pracy.

Wiele słyszałem i czytałem o tym jak widzowie na seansie naprzemiennie wybuchali salwami śmiechu żeby zaraz potem sięgając po chusteczki, zalewać się łzami wzruszania. Wiele. Sam jednak przyznam się szczerze, że ani pośrednio, ani na własnej skórze tego nie doświadczyłem. Ok, raz na czas zdarzało mi się zaśmiać, w jednej z końcowych scen nawet dość gwałtownie, ale przez większość filmu siedziałem raczej znudzonym, lekko senny. O jakimkolwiek wzruszeniu również nie ma mowy, ponieważ po pewnym czasie na całą historią byłem już zbyt zobojętniały, przyjmując nawet przez moment pozę podobną do tej, jaką prezentowała główna bohaterka.

Najmocniejszym punktem filmu, i zarazem jego jedynym elementem do którego nie mogę się przyczepić, są odtwórcy głównych ról. Sandra Hüller i Peter Simonischek staczają na planie nieformalny pojedynek w którym jednak nie widać zwycięzcy, ponieważ obie role są zagrane koncertowo. To dzięki ich charyzmie byłem w stanie wytrzymać tyle czasu w kinie oraz przede wszystkim uwierzyć w tą całą absurdalną sytuację i relację dwójki bohaterów.

Ostatecznie choć Toni Erdmann porusza wiele istotnych, aktualnych kwestii, jak relacje rodzinne w erze korporacjonizmu,  nierówności społeczne i stres jaki towarzyszy współczesnemu życiu, to niestety nie potrafi zaangażować widza na tyle, aby ten przez pełny czas trwania filmu był wstanie z uwagą analizować symbolikę i krytyczny wydźwięk fabuły. Toni Erdmann może zachęca nas do tego by częściej się uśmiechać, ale niestety gdy jakikolwiek uśmiech pojawił się na mojej twarzy, to był on raczej gorzki, skrywający za sobą smutek i lęk przed własną przyszłością. Nie tylko dlatego, że film mnie nieco zawiódł, ale przede wszystkim ponieważ wiem, że wizja życia którą widziałem na ekranie, niczym nie odbiega od wyścigu korposzczurów i wzajemnego zobojętnienia które widzę codziennie na ulicy i które czasami sam bezwiednie powielam.


Toni Erdmann recenzja filmu
Toni Erdmann
Reżyseria: Maren Ade
Scenariusz: Maren Ade
Zdjęcia: Patrick Orth
Obsada: Sandra Hüller, Peter Simonischek, Michael Wittenborn, Thomas Loibl, Trystan Pütter, Ingrid Bisu i inni
Gatunek: Komedia, Dramat
Kraj: Austria, Niemcy, Rumunia
Rok produkcji: 2016
Data polskiej premiery: 27 stycznia 2017

 


Recenzja została opublikowana również na portalu ZażyjKultury.pl

 Za seans serdecznie dziękuję: 

Iluzja 2 recenzja

Iluzja 2 recenzja

 

 


 CHCESZ WIĘCEJ RECENZJI I CIEKAWYCH ZESTAWIEŃ? POLUB NAS I BĄDŹ NA BIEŻĄCO: