Pasażerowie recenzja filmu

Pasażerowie (2016): Kosmiczna pobudka

Zimowy blockbuster Mortena Tylduma to jedna z tych produkcji która od początku budzi skojarzenia z kilkoma innymi tytułami. W końcu przed Chrisem Prattem z samotnością w kosmosie musiało zmierzyć się już wielu. Był Mat Damon na Czerwonej Planecie, była Sandra Bullock ujeżdżająca gaśnicę w “Grawitacji”, a jeszcze wcześniej, bo siedem lat temu, był Sam Rockwell w fantastycznym thrillerze sci-fi “Moon”. Można więc śmiało powiedzieć, że mamy do czynienia z pewnym trendem, w który regularnie z roku na rok z większym lub mniejszym sukcesem, wpisuje się kolejny film. Wyłapywanie nawiązań i podobieństw jest jednak zabawne tylko do pewnego momentu. Ponieważ niestety w ostateczności uzmysławiamy sobie, że poza znanymi schematami film nie ma nic więcej do zaoferowania, a w zderzeniu z podobnymi produkcjami, Pasażerowie wypadają jak leniwy, niechlujny i niezbyt lubiany daleki krewny.

Jim Preston jest jednym z 5000 tysięcy zahibernowanych pasażerów którzy odbywają 120-letnią podróż z Ziemi do nowej, nieskażonej cywilizacją kolonii Homestead II. Pech jednak chce, że w wyniku awarii uszkodzeniu ulega akurat jego kapsuła i wybudza go o 90 lat za wcześnie. Z początku zdezorientowany bohater próbuje znaleźć wyjście z sytuacji, a gdy takowego nie znajduje, postanawia zmierzyć się z samotnością korzystając z “możliwości” jakie oferuje mu cały statek na wyłączność. Plan ten jest tyle ambitny, co niemożliwy do zrealizowania i w końcu, mimo dręczących go wyrzutów sumienia, Jim postanawia zapewnić sobie towarzystwo wybudzając z hibernacji piękną pisarkę Aurorę. Skazani na siebie, nie mając większego wyboru i innych perspektyw, zakochują się w sobie. Oczywiście jak można się domyśleć, mroczna tajemnica będąca kruchym fundamentem ich związku, w końcu ujrzy światło dzienne. Co jednak gdy wkrótce okazuje się, że kłopoty sercowe to najmniejszy z problemów jaki ich czeka?

Film Mortena Tylduma śmiało można podzielić na dwie części – przed wybudzeniem Jennifer Lawrence i po wybudzeniu Jennifer Lawrence. Taka sytuacja. Jednak nie zrozumcie mnie źle, bo do tej uroczej i niewątpliwie utalentowanej aktorki nic nie mam. Kłopot jednak w tym, że jej pojawienie się na ekranie oznacza kompletną zmianę  środka ciężkości filmu. Bynajmniej nie korzystnego dla jego ogólnego odbioru.

Pierwsze 40 minut wypada naprawdę znakomicie. Obdarzony naturalną charyzmą Chris Pratt idealnie operuje humorem sytuacyjnym, ale i – wynikającym z beznadziejnego położenia w jakim się znalazł – dramatyzmem. W obu przypadkach wypada znakomicie. Siłą prologu jest też jego powściągliwość i kameralność. Do pewnego momentu, gdy widzimy cierpiącego na silny syndrom alienacji zarośniętego bohatera, wydaje nam się że będziemy mieli do czynienia z czymś w rodzaju kosmicznej wersji “Cast Away”. Wszystko coraz bardziej zaczyna nam się podobać. Tylko że nie. Bo później budzi się Ona…

Pomijając nadmierną seksuizacje bohaterów i rażący w oczy fetyszyzm z jakim operator kameruje wysportowanego Chrisa i zgrabną Jennifer, film z kameralnej opowieści o samotności w kosmosie, staje się ckliwy, schematyczny i po prostu… głupi. Bohaterowie zaczynają zachowywać się irracjonalnie, a scenariusz przez wątek miłosny staje się coraz bardziej dziurawy i nielogiczny. W ogólnym rozrachunku nie wiadomo już czy mamy do czynienia z komedią z nutką dramatu, czy z dramatem psychologicznym, a może po prostu z romansem osadzonym w gatunku sci-fi. Film wydaje się wszystkim na raz, co może lekko dezorientować.

Nie można jednak narzekać na chemię miedzy bohaterami. Lawrence tylko czasem lekko przeszarżuje, a Pratt z chwilą gdy aktorka pojawia się na ekranie, nieco znika, ale w ogólnym rozrachunku dużo z filmu ratują właśnie oni. Na drugim planie świetnie spisuje się również Michael Sheen, który w roli androida-barmana stanowi jeden z ciekawszych elementów świata przedstawionego i nadaje całej historii nieco świeżości.

Pasażerowie potrafią oszołomić efektami wizualnymi, rozbawić dowcipkującym Chrisem Prattem, i mimo schematyczności, utrzymać ciekawość na tyle, że seans nie upłynie w rytmach leniwego i naznaczonego znudzeniem ziewania. Nie są jednak niczym więcej niż kolejnym odmużdżaczem, który w długie zimowe wieczory może być jak znalazł, ale przy bardziej wnikliwym oglądaniu, irytuje brakiem konsekwencji, zamieszaniem oraz poczuciem zmarnowanego potencjału.


Pasażerowie recenzja filmu
Pasażerowie (Passengers)
Reżyseria: Morten Tyldum
Scenariusz: Jon Spaihts
Zdjęcia: Rodrigo Prieto
Muzyka: Thomas Newman
Obsada: Jennifer Lawrence, Chris Pratt, Michael Sheen, Laurence Fishburne i inni
Gatunek: Przygodowy, Sci-Fi
Kraj: USA
Rok produkcji: 2016
Data polskiej premiery: 25 grudnia 2016

 


Recenzja została opublikowana również na portalu ZażyjKultury.pl

 Za seans serdecznie dziękuję: 

Iluzja 2 recenzja

Iluzja 2 recenzja

 

 


 CHCESZ WIĘCEJ RECENZJI I CIEKAWYCH ZESTAWIEŃ? POLUB NAS I BĄDŹ NA BIEŻĄCO: 
  • Zapowiadał się całkiem ciekawie, szkoda… Wierzę, że film może dezorientować skoro Lawrence go psuje, a później razem z Prattem próbuje go naprawić. 😀

    • Psuje nie tyle co Lawrence, co jej postać. Prawda jest taka, że film byłby dużo ciekawszy gdyby utrzymano go w klimacie pierwszych 40 minut, gdzie na ekranie był tylko Chris Pratt i czasem Michael Scheen w roli androida ^^ Pojawiła się Lawrence i się zrobiło romansidło.