Deadpool (2016): Czerwony spandex synonimem sukcesu

Nie można ukryć że Deadpool był jedną z najbardziej wyczekiwanych premier tego roku. Emocje niecierpliwie wyczekujących widzów, skutecznie podsycały świetne zwiastuny i bardzo dobrze przemyślana kampania reklamowa. Zarówno ten pierwszy, jak i drugi element promujący film Tima Millera skutecznie pobudził apetyt fanów komiksów oraz wszelakich produkcji o superbohaterach (i pewnie nie tylko ich). Bo oto można było się spodziewać, że czeka na Nas film, który wreszcie jest świadomy tego…że jest na podstawie komiksu, a ten rządzi się swoimi prawami, nie koniecznie hollywoodzkimi.

Już od pierwszych ujęć, pierwszych scen zwiastunów, widziałem, że w końcu to hermetyczne (a może schematyczne?) uniwersum komiksowych adaptacji, ma szanse zadrżeć w posadach. Jeśli mam być szczery, mam po dziurki w nosie tych napompowanych patosem, powagą, i powtarzającymi się schematami filmów o super herosach. Powiewająca gdzieś w oddali amerykańska flaga, walka o ludzkość, byt, planetę, Bóg, Honor Ojczyzna…bla bla bla, to w ostatnich latach typowy schemat komiksowych produkcji. Dlaczego? W końcu komiks w samym założeniu ma być lżejszą formą, lżejszą od książki, epopei historycznej, czy rozprawki o problemach egzystencjalnych. I nie zrozumcie mnie źle, lubię „Zimowego Żołnierza”, mimo, że jest poważny, przesiąknięty patosem, oraz mocno napompowany, ale tu jednak broni się fabuła. Lubię też „Iron Mana”, gdzie duży wpływ na to ma Robert Downey Jr. idealnie operujący sarkazmem i ironią. No i lubię „Strażników Galaktyki” z gadającym szopem na czele, komiksową adaptację, która chyba jako jedna z niewielu w ostatnich latach, zbliżyła się do korzeni, do formy jaką powinna operować. To jednak za mało żebym zmienił zdanie na temat lekko nużącej już mani na robienie ciągłych spin-offów, kontynuacji i rozszerzeń. Uniwersum Marvela, które na początku działało jak maszynka do robienia pieniędzy, zaczyna się troszkę zacinać, a trybiki napędzające tą maszynkę, zachodzą już lekką rdzą. Deadpool to powiew świeżości, powiew, który z pewnością odbije się czkawką stajnią DC i Marvela, z czego ten drugi może sobie pluć w brodę że sprzedał prawa do tej postaci.

Od razu uprzedzam nie będę mówił nic o fabule, nie dlatego że jest kiepska (bo nie jest), oraz nie dlatego że mi się nie chcę, ale dlatego, że mimo iż fabuła wciąga, to osobiście wydaje mi się, że jest ona tylko pretekstem do tego, aby pokazać samą postać Deadpoola. W sensie – nawet jakby była ona inna, a Deadpool byłby Deadpoolem, to ciągle byłbym zachwycony. Film Tima Millera nie unika gorszych momentów, tradycyjnie jak już w takich filmach bywa, antagonista jest nijaki, no i… nie, to chyba jedyny zarzut. To wszystko jest jednak nie istotne w stosunku do tego, jak Deadpool operuje tym, czym powinna adaptacja komiksu operować.

Już napisy początkowe sugerują, że ironia i dystans to synonimy nowej produkcji studia FOX. Studio produkujące – jacyś palanci, w roli głównej – przygłup, bohaterka – ta seksowna. Luz, luz, luz i jeszcze raz dystans, tym żyje Deadpool i tym żyją widzowie. Deadpool balansuje gdzieś między autoironią, a lekką parodią z wyżej wymienionych, bardziej poważnych filmów. Dajmy na to – mamy bohatera Colossusa, jako X-Men, sprawa jasna, jest to człek prawy i sprawiedliwy. Nasz mutant nakłania naszego mającego wszystko w dupie bohatera, aby ten razem z nim bronił słabszych i dołączył do drużyny „tych dobrych” żeby wraz z nimi łapał złoczyńców, innymi słowy, namawia go aby stał się typowym superbohaterem wpadającym w schematy tych ciągle przywoływanych przeze mnie wcześniejszych filmów. Deadpool wyraźnie odmawia współpracy, dając nam tym samym do zrozumienia, że to nie jest typowy film o superbohaterze, a Wade Wilson, to nie Kapitan Deadpool.

Deadpool to adaptacja komiksu na którą czekałem…hmmm…od zawsze?! Jest tu ironia, lekkość, dystans do wszystkiego wokół, są suche żarty którymi bohater operuje z równą sprawnością jak swoimi katanami, no i jest przełamanie czwartej ściany. Bohater lubi gadać, Deadpool jest gadułą, buzia mu się nie zamyka do tego stopnia, że wydaje się jakby ktoś wyciągnął Deadpoola z X-menów (tego ze związanymi ustami) i ten mógł w końcu powiedzieć wszystko co mu w duszy gra. Nie jest to wada, ba, jest to olbrzymia zaleta, bo Ryan Reynolds wcielający się w tytułowego bohatera idealnie wczuł się w swoją postać, a wręcz stał się Deadooplem. Nie dziwi więc wcale ciężka walka aktora o to, aby ten film w ogóle powstał. Krytykanci Reynoldsa zrzucający na niego winę za klapę „Zielonej Latarni” czy nawet „Genezy – Wolverine”, będą musieli obejść się smakiem. Raynolds udowodnił Deadpoolem, że chyba jak mało który aktor czuje komiks, czuje tą formę, chłop wie o co chodzi, czym to się je. No i dzięki niemu film ma taką kategorie wiekową jaką ma…dzięki Ryan!

Poprzez przełamanie czwartej ściany, widzowi może się wydawać że Deadpool to kolega z którym przyszedł do kina, nawet sam  Deadpool ma świadomość że jest postacią w filmie. Bohater co jakiś czas, podczas stop-klatek, gawędzi w stronę widza, sypiąc jakimś kąśliwym komentarzem o bieżących wydarzeniach, czy racząc go suchym żartem. Forma którą znamy z komiksów znów idealnie sprawdza się w filmie. Dlatego tu moje pytanie: czemu nikt nie wpadł na to wcześniej? Ok. Pozostawmy go bez odpowiedzi.

Deadpool jest tym na co czekałem, jest spełnieniem dziecięcych marzeń dorosłego już człowieka. Jest filmem, który wreszcie jest świadomy swojej formy i świadomy materiału z jakim ma do czynienia. Film jest tak dobry, że w tym momencie z mojej perspektywy, w rankingu adaptacji komiksowych pierwszy jest Deadpool, a potem…długo długo nic. Niestety, mając takie porównanie, nawet dobry „Zimowy Żołnierz”, nie jest już tak dobry. Jak już wspomniałem, Deadpool odbije się czkawką innym komiksowym producentom i Ci będą musieli zmienić podejście do tematu. Bo widzowie będą chcieli więcej, co raz dał im Deadpool, będą chcieli dostawać coraz częściej. Może dzięki temu coś się zmieni i będą powstawać coraz lepsze filmy, bo materiałów w postaci komiksów jest niezliczona ilość, a co roku dostajemy pierdyliard zapowiedzi filmowych. Ale to tylko gdybanie i mocno subiektywna opinia. To co mogę powiedzieć na pewno, to żebyście poszli do kina i przekonali się na własne oczy o czym tak obszernie tutaj napisałem. Ja z przyjemnością poszedłbym na Deadpoola jeszcze raz, i drugi, i trzeci…


Deadpool
Reżyseria: Tim Miller
Scenariusz: Rhett ReesePaul Wernick
Muzyka: Junkie XL
Zdjęcia: Ken Seng
Obsada: Ryan Reynolds, Morena Baccarin, Ed Skrein, T.J. Miller, Gina Carano, Brianna Hildebrand, Stefan Kapicic
Gatunek: Akcja, Sci-Fi
Kraj: Kanada, USA
Rok produkcji: 2016
Data polskiej premiery: 12 lutego 2016

 


CHCESZ WIĘCEJ RECENZJI I CIEKAWYCH ZESTAWIEŃ? POLUB NAS I BĄDŹ NA BIEŻĄCO: 
  • Przyznam, że mi tam cały szum na Deadpoola wyszedł bokiem. A w sumie nie – całość jest mi szalenie obojętna. Nie jestem fanem tego bohatera, nie jestem fanem Reynoldsa i w sumie mało mnie to obchodzi. Ale dajesz 10/10 czyli Arcydzieło. I teraz co? 😀 jak tu nie obejrzeć?

    • Dałem 10/10 bo w swojej kategorii, czyli adaptacji komiksowych, Deadpool jest zdecydowanie najlepszy. Poza tym bawiłem się na filmie tak świetnie, że z pewnością pójdę do kina jeszcze raz, a to już o czymś świadczy. Mi z kolei wychodzą bokiem niekończące się spin-offy spin-offów Marvela, chociaż i tak pewnie wszystkie obejrzę…także znam ten ból 😀

  • „Deadpool” bardzo mnie nie zachwycił, ale to całkiem dobre kino rozrywkowe, z ciekawym bohaterem i mnóstwem gagów 😀 Niestety mam trochę do zarzucenia samej fabule. I nie mogę przeżyć tego, jak bardzo nijaki jest czarny charakter…