Czarna Pantera recenzja

Czarna Pantera (2018): Grzechy ojca

Podczas gdy DC szczyci się swoją „Wonder Woman„, która jako pierwsza pokazuje, że nawet w krótkiej spódniczce można uratować świat, tak Marvel bardzo liczył właśnie na Czarną Panterę. Pierwszy czarnoskóry superbohater stworzony przez Jacka Kirby’ego i Stana Lee w latach 60., tak jak wtedy tak i dziś wchodząc w swojej filmowej wersji do kin, ma dać tym wszystkim dzieciakom z afroamerykańskiej lub innych społeczności swojego reprezentanta. Takiego jakim w zasadzie każdy inny bohater – czy to sarkastyczny Iron Man, szlachetny Kapitan Ameryka lub boski Thor – jest dla ich białych rówieśników. Na filmie Rayana Cooglera ciążyła więc duża odpowiedzialność dopakowana ponadto ogromnymi nadziejami i oczekiwaniami wobec tak znaczącego społecznie filmu jakim niewątpliwie jest Czarna Pantera. Jak to ostatecznie wyszło? Nie spodziewajcie się rewolucji…

Jako że Czarna Pantera podobnie jak Spider-Man zadebiutował już w MCU przy okazji „Wojny bohaterów„, podobnie jak w „Homecoming” twórcy mogli sobie pozwolić na całkowite olanie origin story bohatera i z marszu wrzucić nas w wir akcji. Ta rozgrywa się niedługo po zamachu przedstawionego w filmie braci Russo, w którym śmierć ponosi T’Chaka – dotychczasowy król Wakandy i ojciec T’Challi – naszego tytułowego bohatera.

T’Challe zastajemy więc gdy przygotowuje się do objęcia tronu Wakandy – małego afrykańskiego państewka, które ogłupiło cały świat.  Wszyscy myślą, że Wakanda jest krajem trzeciego świata, agrarnym i samowystarczalnym, ale zubożałym. Tylko że nie. W rzeczywistości potajemnie trzyma niewyczerpalne zapasy metalu zwanego Vibranium, który jest nie tylko idealną podszewką do kostiumu superbohatera, ale może również służyć do budowy systemów ultra szybkich kolei, leczenia urazów kręgosłupa czy stworzenia całego miasta. Wakanda jest najbardziej zaawansowaną technologicznie cywilizacją świecie, jednak okupione jest to pielęgnowaną od pokoleń nieufnością wobec innych krajów. I ma to sens. W końcu jeśli inny naród uzyskałby kontrolę nad vibranium, mógłby go użyć do zniewolenia świata. 

Zadaniem nowego króla jest pielęgnowanie tradycji oraz kontynuowanie izolacyjnej i antyimigracyjnej polityki swojego ojca. Jak się jednak okazuje, może się to okazać trudniejsze niż przypuszczał. Na horyzoncie pojawia się bowiem nowe zagrożenie w postaci znanego handlarza bronią Ulyssesa Klaue oraz wspierającego go najemnika Erika Kilmongera, zadającego się całkiem sporo wiedzieć na temat Wakandy, z którą ewidentnie ma pewne rachunki do wyrównania… 

Chciałbym powiedzieć, że fabuła Czarnej Pantery wyróżnia się na tyle innych filmów z MCU. Chętnie napisałbym, że jest powiewem świeżości pośród tych prostych i dość sztampowych scenariuszowych schematów. Schematów, które kolejni twórcy zabierający się za filmy Marvela z takim powodzeniem pielęgnują w zasadzie od początku istnienia superbohaterskiego uniwersum. Niestety nie mogę tego powiedzieć, bo zwyczajnie tak nie jest. Struktura narracyjna filmu Cooglera wiele nie odbiega od tego do czego Marvel zdążył już nas przyzwyczaić, a fabuła zmierza dokładnie w tym kierunku jakiego spodziewamy się po odkryciu kilku wcześniej wrzuconych przez scenarzystów tropów i podpowiedzi. To czym jednak Czarna Pantera się wyróżnia…

… to świat przedstawiony. Żadna inna produkcja Marvela nie zrobiła tak doskonałej roboty nad world buildingiem i zaprezentowaniem nam realiów oraz wielobarwności fikcyjnej rzeczywistości, w ramach której rozgrywa się akcja filmu. Wakanda wygląda fenomenalnie. Wszystko, począwszy od barwnych kostiumów, fryzur, umiejętnie połączonych elementów futurystycznych z afrykańskim folklorem czy ukazanie plemiennych obrzędów i rytuałów w cieniu niewidzialnych samolotów i szklanych wieżowców, składa się na znakomicie zbudowany świat, który fascynuje, w który chcemy się zanurzyć i który mimo, że skąpany jest w gęstych oparach komiksowej przesady i absurdu – kupujemy z miejsca. Ten zwariowany amalgamat, w którym współczesność spotyka się z plemienną kulturą i dźwiękiem afrykańskich bębnów jest zdecydowanie najlepszym i najciekawszym elementem całego widowiska.

Niestety w parze za znakomitą realizacją i zniuansowaniem świata przedstawionego nie idą efekty komputerowe, które miejscami rażą i kują w oczy tak, że aż boli. Szczególnie całej sekwencji finałowej. Niektóre sceny i elementy wyglądają sztucznie i plastikowo a CGI widać gołym okiem. Sporo zarzutów mam też do pracy kamery w scenach akcji i – co mniej najbardziej zaskoczyło – choreografii walk. Pamiętając jak doskonałym elementem Czarnej Pantery było to w „Wojnie bohaterów” oraz znając poprzedni film w dorobku reżysera, teraz oczekiwałem czegoś równie dobrego o ile nie lepszego. Gdy w filmie braci Russo każdy ruch, każdy cios zadany przez wakandyjskiego bohatera miał swój ciężar, swój unikalny styl, tak tutaj niektóre ‚sceny kopane’ zestawione z kiepskimi efektami specjalnymi, wyglądają jak żywcem wyjęte z nieudanego sequela Mortal Kombat. Co ciekawe, w filmie jest ich dość sporo i najlepiej wypadają te, w których bohater nie ma na sobie kostiumu. Przypadek?

Reżyser momentami sięga po kilka niezłych pomysłów inscenizacyjnych, jak np. początkowa scena odbicia zakładników rozgrywająca się w nocy. Tu jednak pojawia się właśnie wspomniany problem pracy kamery, bo dość że ruchy Czarnej Pantery wyglądają bardzo sztucznie, to na ekranie mało co widać.

To co w filmie pokładają słabe efekty specjalne skutecznie nadrabiają aktorzy. W obsadzie pojawia się cała śmietanka znakomitych czarnoskórych aktorów i wszyscy radzą sobie w swoich rolach bez zarzutów. Zanim jednak o aktorach muszę powiedzieć o tym jak w filmie wypadł tytułowy bohater.

Czarna Pantera bardzo wyróżnia się na tle swoich poprzedników jeśli chodzi o to w jaki sposób przedstawia swojego bohatera. Zwykle każda tytułowa postać w swoim filmie znajdowała się w centrum zainteresowania twórców i to dookoła niej budowano całą resztą. Tutaj sprawy wyglądają nieco inaczej. Oczywiście, T’Challa jest głównym bohaterem i to on ogniskuje na sobie najważniejsze wydarzenia. Jednak akcja filmu nie skupia się na nim aż w takim stopniu, a dużo więcej uwagi skupia właśnie na wszystkim co znajduje się dookoła niego, z światem przedstawionym na czele. Bohater nie przechodzi też jakiejś bardzo wyraźnie zarysowanej drogi. Fabularne zdarzenia bardziej mają wpływ na status quo całego uniwersum aniżeli na samego bohatera. Chadwick Boseman jednak bardzo dobrze odnajduje się w takiej rzeczywistości, umiejętnie nakreślając swoją postać jako superbohatera i króla znajdującego się wciąż na początku swojej kariery, przytłoczonego odpowiedzialnością i targanego wątpliwościami.

Mimo to dużo ciekawszą postacią od tytułowego bohatera jest grany przez muzę reżysera, Michaela B. Jordana, antagonistę. Jego Kilmonger to postać z krwi i kości. Czarny charakter o olbrzymim potencjale, który – co dość nietypowe jak na ten rodzaj kina – służy równocześnie scenarzystom do przemycenia kilku bardzo istotnych i aktualnych społecznie spostrzeżeń dotyczących naszej rzeczywistości. Ma on swoje racje, które jesteśmy w stanie zaakceptować, poznajemy jego motywacje, które rozumiemy, ba, a w innych realiach pozwalałby nam nawet mu kibicować. Wszystko to doskonale gra, do póki jego czyny i roszczenia wynikają z osobistych pobudek.

Gdy jednak działania antagonisty niebezpiecznie zbliżają się w stronę ekstremum zamieniającego go w typowego nawiedzonego terrorystę, okazuje się, że po raz kolejny Marvel marnuje doskonały potencjał czarnego charakteru na rzecz szybkiego i sztampowego rozwiązania jego wątku. Trochę szkoda bo mogliśmy dostać nowego Lokiego, ale i tak Michael B. Jordan na pewno może zaliczyć swój występ do udanych. Z resztą nie tylko on…

Oprócz samej Wakandy najlepszym elementem Czarnej Pantery są postacie kobiece. Zarówno wcielająca się w rolę wakandyjskiej generał, Okoye, Danai Gurira, Lupita Nyong’o jako błyskotliwy szpieg Nakia czy mało popularna, ale dająca doskonały występ Letitia Wright w roli Shuri – księżniczki, wynalazczyni i siostry głównego bohatera – wszystkie wypadają rewelacyjnie. Na drugim planie rolą komiksowego szaleńca bawi się Andy Serkis. Swoje pięć minut wykorzystują również Forest Whitaker, Daniel Kaluuya, Winston Duke czy Sterling K. Brown. Martin Freeman po raz kolejny wcielający się w rolę agenta  Rossa wypada dobrze, choć nie zaskakuje niczym szczególnym.

Czarna Pantera na pewno nie jest tak dobra na jaką kreują ją wysokie oceny i zachwyty krytyków zza oceanu. To jeden z wielu dobrych filmów Marvela, który nie schodzi poniżej pewnego poziomu, ale równocześnie daleko mu od ideału. Nie spodziewajcie się rewolucji czy nowej jakości. Nie znaczy to oczywiście, że Czarna Pantera nie jest filmem ważnym i w pewien sposób przełomowym. Jest. Dla mnie to jednak czynnik, który sprawiał, że miałem wobec niego jeszcze większe wymagania. Te niestety zostały spełnione tylko po części. Cóż, mam nadzieję, że nadchodząca „Wojna bez granic” zaspokoi mój rozbudzony apetyt o wiele skuteczniej. 


Czarna Pantera recenzja
Czarna Pantera (Black Panther)
Reżyseria: Ryan Coogler
Scenariusz: Joe Robert Cole, Ryan Coogler
Muzyka: Ludwig Göransson
Zdjęcia:
Rachel Morrison
Obsada: Chadwick Boseman, Michael B. Jordan, Lupita Nyong’o, Danai Gurira, Martin Freeman, Angela Bassett, Forest Whitaker, Andy Serkis, Daniel Kaluuya, Sterling K. Brown i inni
Gatunek: Akcja, Sci-Fi
Kraj: USA
Rok produkcji: 2018
Data polskiej premiery: 14 lutego 2018

 
 


 CHCESZ WIĘCEJ RECENZJI I CIEKAWYCH ZESTAWIEŃ? POLUB NAS I BĄDŹ NA BIEŻĄCO: