Assassin's Creed recenzja filmu

Assassin’s Creed (2016): Uśpiony zabójca

Na poziom filmowych adaptacji gier komputerowych można narzekać od… w zasadzie to od zawsze. Te dobre można policzyć na palcach jednej ręki, podczas gdy dla tych złych rąk i nóg zabrakłoby tuzinowi ludzi. Dlaczego tak jest, gdzie szukać przyczyny i czy kryje się za tym jakaś wielka tajemnica? Raczej nie, a jeśli mówimy już o tajemnicy, to prawdopodobnie należy ona do gatunku tych poliszynelowskich. Zgodnie z maksymą – jeśli nie wiadomo o co chodzi, to pewnie chodzi o kasę. Niestety rzadko zdarza się żeby za sukcesem komercyjnym – który producenci zawdzięczają głównie tłumnie odwiedzającym kina fanom gier – szedł sukces artystyczny. Czy w przypadku ekranizacji popularnej gry Ubisoftu jest inaczej i czy Assassin’s Creed nie jest tylko hollywoodzką wydmuszką wymierzoną w portfele fanów zakapturzonego asasyna?

Jeśli ktoś grał w pierwszą – spośród niezliczonych kontynuacji – odsłonę gry, to w ogólnym zarysie scenariusza i jego punkcie wyjścia odnajdzie kilka cech wspólnych między filmem, a gamingowym pierwowzorem. W zasadzie nawet nie kilka, bo ten jest bliźniaczo podobny do komputerowego oryginału, zmieniając po drodze imiona, nazwiska, lokacje i czasy w których się rozgrywa. Te zmiany choć na piśmie zdają się być dość wyraźne i istotne, sprawiają, że fan gry czuje się jak w domu, a ten który z produkcją Ubisoftu nie miał jeszcze do czynienia, będzie miał okazję dowiedzieć się nieco więcej o co w tym całym Assassin’s Creed chodzi.

Bohaterem filmu Justina Kurzela jest Callum Lynch – barman, recydywista skazany za zabójstwo na karę śmierci. Po rzekomym wykonaniu ostatecznego wyroku, Cal budzi się w jednej z siedzib Abstergo Industies, organizacji działającego od wieków Zakonu Templariuszy. Tam dowiaduje się o swoim dziedzictwie, o tym że jest potomkiem asasyna Aquilara i że z pomocą maszyny zwanej Animus, Abstergo chce wydobyć z jego głowy wspomnienia jego przodka i tym samym odkryć miejsce gdzie ukryto potężny artefakt – Jabłko Edenu.

Tym samym akcja filmu rozgrywa się na dwóch płaszczyznach czasowych. Współczesnej – w której poznajemy Cala Lyncha, dowiadujemy się o trwającym od wieków konflikcie między asasynami i templariuszami oraz dostajemy szczątkowe – zaznaczam – szczątkowe informacje na temat motywacji obu frakcji, jak i również retrospekcyjnej. Do niej z kolei przenosimy się gdy główny bohater zostaje podłączony do Animusa i przenosi się do ukrytych głęboko w jego DNA wspomnień Aguilara, wspomnianego już asasyna żyjącego w XV-wiecznej Hiszpanii okresu wielkiej inkwizycji.

Tak, wiem, wszystko wydaje się skomplikowane i zawiłe, żeby nie powiedzieć – głupie. I takie też „dzięki” tragicznemu scenariuszowi można odnieść wrażenie w filmie. Szczerze mówiąc do tej pory zachodzę w głowę kto czytając tej wątpliwej jakość „dzieło” trzech anonimowych scenarzystów stwierdził – dobre to, robimy z tego film. Nie wiem, nie rozumiem, nie akceptuje. Scenariusz jest dziurawy i chaotyczny,  a akcja źle podzielona i niesamowicie rwana. Jakby tego było mało, całość dopełnia niezliczona ilość bzdurnych, nienaturalnych i do niczego nie prowadzących dialogów, podczas których widzowi nie pozostaje nic innego, jak z zażenowania zakryć dłonią twarz i pokręcić z rezygnacji głową. Prawie nic tu się nie klei, i kiedy jeszcze zaznajomiony z oryginałem widz gdzieś tam, coś tam – choć nie bez wysiłku – będzie jarzył, tak odbiorca tej wiedzy nie posiadający, zagubi się w długawych dialogach i ciągłych przeskokach czasowych.

Nie dźwiga tego filmu nawet gwiazdorska obsada, która poza posiadającym w filmie śladowe ilości charyzmy Fassbenderem, przez feralne dialogi, dziwne kwestie oraz bardzo podniosły i nazbyt nadęty klimat, wypada jak festiwal wygłaszających wydumany potok słów figur woskowych. Żal trochę Jeremy’ego Ironsa, który gra tu po prostu troszkę skrzywionego Alfreda z „Batman v Superman” i żal Marion Cotillard, której neurotyczność i senność składa się tutaj na nowy poziom bezbarwności.

Assassin’s Creed cierpi również na tą samą przypadłość na jaką cierpiał Makbet, poprzedni film Justina Kurzela. Tak jak ekranizując dzieło Szekspira, tak i w czasie adaptowania gry Ubisoftu, reżyser zbyt skupił się na formie, estetyce, olewając przy tym treść i potrzebę jej zrozumienia przez widza. Nadęcie i patos są tu wszechobecne, a wszystko wydaje się być zbyt na serio i paradoksalnie zbyt grzecznie. Trzeba jednak przyznać, że Kurzel wraz z operatorem Adamem Arkapawem osiągnęli mistrzostwo jeśli chodzi o posępne, zadymione, acz cieszące oko aspekty wizualne oraz efektownym wykorzystaniu CGI i slow motion. Obie techniki nadają scenom walki oraz pościgom pożądaną dynamikę i nutkę efekciarstwa. Tę wzmacnia również świetna muzyka Jeda Kurzela – brata reżysera, który skomponował niezwykle klimatyczną, zapadającą w pamięć ścieżkę dźwiękową.

Tym sposobem film dostarcza skrajnych emocji, bo nudzi i męczy przez napchany mdłymi dialogami wątek współczesny, jak i cieszy, sprawiając dużo frajdy podczas bogatego w efektowne, świetne pod względem choreografii pojedynki oraz wiernie odwzorowany sposób poruszania się, wspinaczkę i kostium asasynów z wątku retrospekcyjnego. Niestety jak na złość ten pierwszy przeważa nad tym drugim i raczej dłużej męczymy się obserwując miotających się przez idiotyczny scenariusz uzdolnionych aktorów, aniżeli XV- wieczną Hiszpanie i potyczki między asasynami i templariuszami. A szkoda.

Niestety, reguła dotycząca filmowych adaptacji gier jest dalej aktualna, a dzięki Assassin’s Creed bynajmniej nie możemy mówić o wyjątku ją potwierdzającym. Film jest kiepski nawet z perspektywy fana oryginału. Nie można jednak twórcą odmówić faktu, że przynajmniej się starali, że chcieli się wybić ponad przeciętność. Widać tu kilka fajnych pomysłów, było nawet kilka „momentów”. Duża część jest jednak do wymiany. To tak jak z kupnem starego samochodu – wymieni się hamulce, podrasuje silnik, odmaluje, wstawi spoiler i kto wie, może będzie pogromcą szos. Tak samo może być z Assassin’s Creed, bo ta historia i to uniwersum mają potencjał. Ja w to wierze, bo cóż, po tym co zobaczyłem w kinie, tylko wiara mi pozostała.


Assassin's Creed recenzja filmu
Assassin’s Creed
Reżyseria: Justin Kurzel
Scenariusz: Michael Lesslie, Bill Collage, Adam Cooper
Zdjęcia: Adam Arkapaw
Muzyka: Jed Kurzel
Obsada: Michael Fassbender, Marion Cotillard, Jeremy Irons, Ariane Labed, Charlotte Rampling, Brendan Gleeson i inni
Gatunek: Przygodowy
Kraj: Francja, USA, Wielka Brytania
Rok produkcji: 2016
Data polskiej premiery: 15 grudnia 2016

 


Recenzja została opublikowana również na portalu ZażyjKultury.pl

 CHCESZ WIĘCEJ RECENZJI I CIEKAWYCH ZESTAWIEŃ? POLUB NAS I BĄDŹ NA BIEŻĄCO: 
  • Meh, pewnie kiedyś obejrzę „przy okazji”, ale w sumie niczego się po tym nie spodziewam – zwłaszcza, że nawet z grą nie miałam nic wspólnego. Znam logo, znam stroje, ale o czym to w sumie jest pojęcia nie mam. Aczkolwiek może lepiej najpierw sięgnę przynajmniej po książkę.
    drewniany-most.blogspot.com

    • Ja grałem w gry, za to książki żadnej nie przeczytałem. Zdaje mi się jednak, że sięgnięcie po źródło pisane a nie po ten wątpliwej jakości film, jest rozsądniejszym wyjściem.

  • Okrutnie zawiodłam się na „Makbecie” i jestem tak samo zdziwiona czytając, że nowy film Kurzela nie wykorzystał swojego potencjału. Odpuszczę sobie seans, szczególnie że gry nie znam. 🙁

    • Kurzel popełnia tu te same błędy co przy okazji „Makbeta”. Jak gry nie znasz to nie ma co oglądać, bo ciężko ogarnąć, a całość wydaje się jednym wielki bełkotem

  • Pomimo kiepskiej recenzji (nie spodziewałam się niczego innego, bo, jak słusznie zauważyłeś na wstępie – na ekranizacje gier zawsze się narzeka) i tak mam ochotę na seans. Powód? Kolejna przygoda w tym świecie wydaje się fantastyczna 🙂

    • I prawidłowo 🙂 To czy się podoba czy nie, to wszystko kwestia indywidualna, subiektywna. Może Tobie akurat uda się odnaleźć radość w tym filmie